Śmieciarka z duszą. Nasza recenzja filmu "Wall-E"

0
To bardzo dobra animacja. Być może jedna z lepszych, jakie powstały. Zachwyca oryginalnością pomysłu, świetną historią, skromną ilością dialogów. Oto nasza recenzja filmu "Wall-E".

Studio Pixar zaskakuje po raz kolejny. Ich wcześniejsza produkcja - "Ratatuj" - opowiadająca o losach sympatycznego szczurka, już w fazie projektów budziła wątpliwości - kto bowiem polubi tak paskudne zwierze. A jednak, film zdobył wielką popularność na całym świecie, udało mu się też wywalczyć Oscara za najlepszą pełnometrażową animację. Oryginalnych pomysłów twórcy z Pixara mają jednak sporo. Ich najnowsza produkcja opowiada o losach najprawdopodobniej ostatniego robota na Ziemi, tytułowego Wall-e'ego, którego jedynym celem (tak bowiem został zaprogramowany) jest sprzątanie. Cóż, pracy ma nasz bohater bardzo dużo - ludzie opuścili planetę już dawno temu, gdyż nie nadawała się już do życia. Teraz jest szara, brudna, przerażająca i niebezpieczna. I tu widzimy, jak twórcy kolejny raz poszli pod prąd oczekiwaniom i obowiązującym modom, wykorzystując krajobrazy rodem z "Mad Maxa" do filmu, bądź co bądź, przeznaczonego dla dzieci.

Pomysł się sprawdził, a to głownie za sprawą świetnego scenariusza, rewelacyjnie skonstruowanych postaci i dużej dawki humoru. Oczywiście - osią całej produkcji jest tytułowy Wall-E, bohater chwytający za serce już od pierwszych minut filmu. Wielka w tym zasługa animatorów, którzy z gąsienicowej maszyny zgniatającej śmieci i układającej je w zgrabne kosteczki uczynili postać o ludzkich cechach i ludzkich marzeniach. Jednocześnie jednak chcieli, aby główny bohater mimo wszystko pozostał robotem - jego ruchy nie są zbyt płynne, nie potrafi też mówić. Kompromis ten udało się osiągnąć - Wall-E to maszyna o ludzkich charakterze, która swoje emocje, czy też uczucia wyraża głównie za pomocą gestów niewerbalnych, pantomimicznych, podobnie zresztą jak reszta zautomatyzowanej braci, pojawiającej się w drugiej części produkcji.

Film ten jest przede wszystkim historią miłosną. Zajęty segregowaniem odpadów bohater pewnego dnia zauważa lądowanie statku kosmicznego. Poznaje Ewę - robota nowej generacji i zakochuje się w niej po uszy. Bohaterka z początku sprawia wrażenie nieco niedostępnej i porywczej, strzela do wszystkiego, co mogłoby być potencjalnym zagrożeniem i generalnie przynosi więcej szkody niż pożytku. Wall-E jednak nie daje za wygraną - cały czas zabiega o jej względy, a sceny, które towarzyszą tym zmaganiom można określić tylko jednym przymiotnikiem - "urocze".

Za dużo z samej historii nie chce zdradzać, powiem jedynie tyle, ze druga część filmu pozwoli odpocząć od pustynnego, zagraconego krajobrazu zniszczonej Ziemi i przeniesie widzów na ogromny statek kosmiczny, z którego została wysłana oblubienica naszego miłośnika recyklingu. Zmiana otoczenia wydaje się pomysłem niezwykle trafionym. Przeobraża pantomimiczne show dwójki postaci w rozrywkę bardziej widowiskową, efektowną, przy udziale większej ilości bohaterów. Emocji, wzruszeń i humoru na pewno nie zabraknie.

"Wall-E" to bardzo dobra animacja. Być może jedna z lepszych, jakie powstały. Zachwyca oryginalnością pomysłu, świetną historią, skromną ilością dialogów. Miłosna para głównych bohaterów potrafi powiedzieć tylko dwa słowa - swoje imiona. Stworzyć tak solidnie zarysowane postaci, tak głębokie psychologicznie, unikając ekspresji werbalnej, czy też niektórych gestów (wszakże roboty mają swoje ruchy dość ograniczone), to zadanie karkołomne. A jednak twórcom Pixara się udało. "Wall-E" to mądra, urocza komedia, romansidło, a miejscami też - chwytający za serce dramat. Coś pięknego.


Tomasz Piętowski