20 najlepszych hollywoodzkich filmów o II wojnie światowej

Więcej
O II wojnie światowej nakręcono na całym świecie setki, jeśli nie tysiące filmów. Pierwsze, oczywiście propagandowe, ale będące bądź co bądź fabułami, zaczęły powstawać już 1939 roku i królowały w kinach - zwłaszcza amerykańskich i brytyjskich - przez cały okres wojny. Nie były to jakieś niesamowite produkcje, więc choć warto odnotować ich istnienie, nie ma sensu się specjalnie nad nimi pochylać nie ma tu dla nich miejsca - dopiero długo po wojnie, z dystansu kilkunastu lub kilkudziesięciu lat zaczęto kręcić prawdziwe arcydzieła.

Przed wami 20 najlepszych i najważniejszych filmów o II wojnie światowej - głównie amerykańskich, bo rzeczywistość powojenna tak się układała, że to właśnie ten kraj narzucał całemu świata swoją percepcje wydarzeń i, przede wszystkim, swój sposób tworzenia kultury popularnej (żeby jednak patriotyzmowi stało się zadość, o polskich filmach wojennych napisaliśmy nieco wcześniej).

Lista Schindlera
* * *

"Najdłuższy dzień" (1962), "Tora! Tora! Tora!" (1970), "Bitwa o Midway" (1976), "O jeden most za daleko" (1977) "Szeregowiec Ryan" (1998) czyli batalistyka przede wszystkim.

Pierwsze cztery filmy mają ze sobą wiele wspólnego: wszystkie to monumentalne widowiska wojenne, kładące nacisk na sceny batalistyczne i szczegółowe opowiedzenie o przygotowaniach do bitwy i jej przebiegu. Nie ma tu miejsca na jakieś wybitne aktorstwo (choć obsady aż kipią od gwiazd), bo bohater jest zbiorowy - mnóstwo postaci pokrywa się z mnóstwem wątków i spojrzeń na bitwę. To ona jest bowiem najważniejsza - pokazywana z różnych perspektyw, ujęć, poprzez różne części składowe, potyczki, drobne zwycięstwa i porażki. W "Najdłuższym dniu" lądowanie w Normandii, w "Tora! Tora! Tora!" atak na Pearl Harbour, w "Bitwie o Midway" bitwa morska na Pacyfiku, a w "O jeden most za daleko" nieudana operacja Market-Garden. Oczywiście każdy film ma coś, co go wyróżnia: "O jeden most za daleko" miły dla Polaków akcent w postaci generała Sosabowskiego, "Tora! Tora! Tora!" sympatię dla Japończyków, "Bitwa o Midway" używa archiwalnych zdjęć, a w "Najdłuższym dniu" wszystkie postacie mówią w rodzimych językach. Najważniejsze jest jednak to, co dla tych filmów jest wspólne: setki statystów, dziesiątki replik i oryginalnych maszyn, mnóstwo pirotechniki, sztabowe szczegóły i tocząca się prawie nieprzerwanie przez bite dwie godziny, wylewająca się z ekranu wojna. To właśnie te pozycje zdefiniowały kino wojenne i pozostają najczystszym przedstawicielem tego gatunku, gdzie określenie "wojenny" zgadza się z zawartością - nie dramat jednostki, nie przygoda, nie komedia, ale właśnie ścierające się na lądzie, wodzie i w powietrzu olbrzymie armie - uczta dla oka, nawet po latach!

Parszywa dwunastka
Współczesny "Szeregowiec Ryan" to film nawiązujący do tego nurtu, a dzięki perfekcji w tym naśladownictwie przewartościowujący współczesne kino wojenne skierowane bardziej na dramat jednostki. Jak to u Spielberga, fabuła jest nieco zbyt melodramatyczna, a historia poszukiwania ostatniego pozostałego przy życiu żołnierza z pewnej rodziny, niespecjalnie wciągająca i jest niezbyt wymagająca intelektualnie - więc nie tutaj tkwi siła. Rzecz idzie dokładnie o to samo, co w przypadku filmów z lat 60-tych i 70-tych - batalistyka z najwyższej półki, pokazana w nowatorski, szokujący sposób. Otwierająca film sekwencja lądowania na plaży Omaha wgniata w fotel i jest zdecydowanie najlepszym w historii kina oddaniem chaosu i horroru bycia w centrum wojny. Fenomenalne zdjęcia Janusza Kamińskiego otworzyły nowe horyzonty dla kina wojennego - nikt dotąd nie pokazywał śmierci tak realistycznie. Śmierci przychodzącej nagle, ale nie szybkiej, wręcz przeciwnie, okrutnej bo powolnej. Na dobre odeszły do lamusa czasy, gdy aktor padał natychmiast "martwy" gdy 10 metrów od niego wybuchła petarda. W "Szeregowcu Ryanie" widać w pełni okrucieństwo powolnego umierania w męczarniach, z wykrwawiającym się ciałem poszatkowanym kulami. No i ten chaos, świszczące wokół przypadkowe kule, padające ciała, wyrywany spod stóp piasek - jeszcze nigdy w historii kina widz nie czuł się aż tak w centrum akcji i nigdy dotąd nie zwątpił tak jednoznacznie w "kuloodporność" bohaterów. W "Szeregowcu Ryanie" każdy może zginąć w dowolnej chwili - właśnie tak, jak na prawdziwej wojnie. W tym miejscu trzeba wspomnieć o innej wojennej produkcji Spielberga i Hanksa poświęconej działaniom Amerykanów w Europie. Serial "Kompania braci" to bodajże najlepiej opowiedziana historia wojenna w ostatnich latach. Obaj twórcy przygotowują już kolejny wojenny serial "The Pacific".

* * *

"Działa Nawarony" (1961), "Parszywa dwunastka" (1967), "Tylko dla orłów" (1968)… czyli samobójcze komando w misji na terenie wroga.

"Działa Nawarony" to bez wątpienia najlepsza powieść Alistaira MacLeana, a "Tylko dla orłów" to najlepsza ekranizacja prozy tego pisarza. Obie opowiadają z grubsza o tym samym: wyselekcjonowana grupa komandosów ma za zadanie może nie odmienić losy wojny, ale na pewno popchnąć ją sporo do przodu. W "Działach Nawarony" jest to zlikwidowanie tytułowych niemieckich dział, a w "Tylko dla orłów" infiltracja bawarskiej fortecy w celu… No właśnie - to się akurat zmienia jak w kalejdoskopie, bo MacLean skomplikował fabułę, powprowadzał do niej podwójnych agentów i nawet nie wszystkich bohaterów wtajemniczył w niuanse ich misji. To było jedno ze źródeł sukcesu - drugie to znakomite sceny akcji, łącznie z kultową już, wciąż zapierającą dech w piersiach walką na dachu wagonika kolejki linowej. "Działa Nawarony" tracą przede wszystkim na porównaniu z powieścią - kilka zmian, łącznie z wprowadzeniem kobiecych postaci i wątku romansowego ściągają nieco tę męską opowieść wojenną w stronę hollywoodzkiej sztampy. Ale wciąż jest to kawał znakomitego kina wojennego, a scena wspinaczki w czasie sztormu niewiele ustępuje wysokogórskim fragmentom w "Tylko dla orłów". Wreszcie, oba filmy zapadły w pamięć także dzięki idealnie dobranej obsadzie: Gregory Peck, David Niven i Anthony Quinn w jednym i Clint Eastwood oraz Richard Burton w drugim filmie - ci dwaj ostatni mający okazję prezentować się doskonale w słynących z szykowności niemieckich mundurach - odwalają kawał dobrej roboty.

Szeregowiec Ryan
"Parszywa dwunastka" odświeżyła motyw samobójczej wyprawy na teren wroga o dwa podstawowe elementy. Komandosami są tutaj najgorsze szumowiny - żołnierze skazani za mniejsze i większe przewinienia, którym misję zleca się jako szansę wywinięcia się od więzienia lub stryczka, a w przypadku porażki nikt nie będzie po nich płakał (na drugim planie wysocy rangą sztabowcy cały czas zresztą knują jakieś intrygi, nie licząc się z "mięsem armatnim"). Po drugie, pierwsza połowa filmu wolna jest od dramatyzmu i napięcia towarzyszących rzuceniu od razu w wir walki. Gdy tytułowy tuzin zbirów ćwiczy przed misją i integruje się pod czujnym okiem Lee Marvina (oprócz niego też kilku innych kinowych twardzieli: Charles Bronson, Telly Savalas czy Donald Sutherland), w filmie widać sporo elementów humorystycznych, jest tu jakiś rys lekkiego kina przygodowego. Oczywiście gdy przyjdzie do właściwej misji, zaczyna się klasyczna jatka, a z dwunastu zostanie mniej niż połowa. Siłą filmu były dobrze zarysowane zróżnicowane charaktery i lekkość narracji, budowanie sympatii do postaci. Przede wszystkim jednak w "Parszywej dwunastce" najlepsze jest dokładnie to samo, co wcześniej w "Działach Nawarony" i "Tylko dla Orłów" - trzymająca w napięciu historia straceńczej misji, z pozoru nie mającej szansy powodzenia…



Oczywiście motyw grupki komandosów infiltrujących teren wroga powracał w kinie bardzo często. "Działa Navarony" doczekały się kontynuacji, również opartej o prozę MacLeana, chociaż tym razem jeszcze luźniej. "Komandosi z Nawarony" (1978) o tych samych bohaterach, granych przez innych aktorów, w pogoni za tym samym zdrajcą, działającym jednak w zupełnie innym miejscu, to film całkiem przyzwoity, ale zupełnie nie dorównujący pierwowzorowi. Prostej akcji zabrakła intensywności i napięcia, a nowi aktorzy ze zbyt gładkim Harrisonem Fordem są zdecydowanie zbyt papierowi. O niebo lepiej prezentuje się brytyjski "Orzeł wylądował" (1976), którego podstawową siłą było postawienie w centrum fabuły Niemców. Zgodnie z historią zarysowaną w powieści Jacka Higginsa naziści próbują tutaj uprowadzić Winstona Churchilla, co sprawia, że widz nie jest pewien komu kibicować i kto jest właściwie protagonistą - i tym bardziej udziela mu się napięcie towarzyszące akcji.

Upadek
* * *

"Patton" (1970) czyli biografia wybitnego żołnierza.

Historia generała George'a S. Pattona napisana przez Francisa Forda Coppolę, a reżyserowana przez Franklina J. Schaffnera zdobyła aż siedem Oscarów, w tym cztery najważniejsze: dla filmu, reżysera, scenarzysty i aktora pierwszoplanowego (George C. Scott był pierwszym aktorem w historii, który odmówił przyjęcia nagrody). I to mówi właściwie wszystko o filmie: perfekcyjna gra, świetny scenariusz i znakomite prowadzenie fabuły. Nie przeszkadza też fakt, że Patton był jednym z najbarwniejszych dowódców II wojny światowej - wierzący w reinkarnację megaloman i raptus, zawsze mówił głośno to co myślał, a jego wypowiedzi trzeba było mocno cenzurować. Miał za to jedną podstawową zaletę - gdzie nie walczył to zwyciężał. Czy chodziło o Afrykę, czy o Włochy gdzie rywalizował z Brytyjczykiem Montgomerym, czy o Europę Zachodnią, to jego oddziały parły niepowstrzymanie do przodu. Ale nie o batalistykę tu chodzi, choć ta też jest obecna dając dobre tło opowieści o człowieku. Najważniejsza jest postać - kolorowa i pełna dwuznaczności, sprzeczna, znakomicie opisana poprzez historyczne fakty, jak i przez pryzmat innych ludzi, jego współpracowników czy podwładnych.

* * *

"Most na rzece Kwai" (1957), "Wielka ucieczka" (1963), "Imperium słońca" (1987) czyli życie w obozie jenieckim.

Na pierwszym miejscu wymienić wypada "Most na rzece Kwai" - kultowy, obsypany Oscarami (podobnie jak "Patton" dla najlepszego filmu, reżysera, scenarzysty i za główną rolę męską), najlepiej zarabiający film roku. Do tego ta amerykańsko-angielska koprodukcja sprzed pół wieku stała się prawdziwym archetypem opowieści wojennej o obozach jenieckich. Ekranizacja powieści Pierre'a Boulle to historia brytyjskich więźniów w japońskim obozie, którzy okrucieństwu Azjatów, przeciwstawiają swoją niezłomność i honor. Nie znaczy to jednak, że jest to prosta historyjka o dzikich Japończykach i szlachetnych Brytyjczykach. Bohater, pułkownik Nicholson to postać tragiczna - w sprzyjającej szaleństwu, okrutnej, skrajnie nieprzyjaznej człowiekowi dżungli, rozregulowuje mu się kompas moralny. Zamiast dbać o swoich żołnierzy lub o strategicznie ważne dla swojego kraju sprawy, stawia na honor. To staroświecko pojmowany honor każe mu budować dla Japończyków most jak najlepiej potrafi i potępiać akty sabotażu. Inne postacie prezentują skrajnie odmienne podejście - dla komandora Shearsa najważniejsza jest ucieczka z obozu i od wojny, a dla majora Wardena najważniejsze jest zniszczenie mostu. Tytułowy most zdaje się być dla wszystkich stron obsesją, rzeczą bardziej honorową niż praktyczną, podczas gdy wokół, w tropikalnym piekle giną setki ludzi. Szaleństwo - padają z ekranu ostatnie słowa. Owszem, ale szaleństwo urzekające i wywołujące dreszcze, również dzięki tak kultowym scenom jak początkowe wejście brytyjskich jeńców do obozu w rytm gwizdanego marszu.

Wróg u bram
"Wielka ucieczka" to przykład trochę innego podejścia w obrębie tego samego nurtu. Oparty na faktach film Johna Sturgesa, opowiadający o ucieczce z niemieckiego obozu jenieckiego kilkudziesięciu więźniów zaczyna się, niczym późniejsza "Parszywa dwunastka", jak film przygodowy. Wyraźnie zarysowane charaktery dzielnych, twardych, zaradnych i dowcipnych żołnierzy, którzy z uśmiechem znoszą obozowe szykany zapowiadają lekką opowiastkę z happy-endem. Zdają się to potwierdzać momenty humorystyczne - tutaj nawet powtarzające się zamykanie w karcerze ma posmak komediowego gagu. Ale ta lekkość to nie tylko konwencja filmu - zamknięci w obozie żołnierze dzięki optymizmowi są w stanie w ogóle przetrwać. Zresztą są niejako zmuszeni robić dobrą minę do złej gry - to wielokrotni uciekinierowi z innych obozów, zebrani w, jak chełpi się nazistowski komendant, swego rodzaju super-obozie, z którego ponoć się nie da uciec. Ciąży więc na nich honorowy obowiązek przeprowadzenia takiej ucieczki i to nie jakiegoś zwykłego wymknięcia się kilku żołnierzy, ale ucieczki na naprawdę szeroką skalę. Jeńcy podchodzą zresztą do tego patriotycznie: nie robią tego by wrócić do ciepłego domku, ale by związać jak największe siły wroga tak, aby odciążyć front. Posuwają się nawet do tak bohaterskich czynów jak specjalne podłożenie się Niemcom po ucieczce, by powrócić do obozu i opowiedzieć kolegom o terenach wokół, by mogli sporządzić przydatne wszystkim mapy. W finale ton filmu się zmienia - nie tylko zgodnie z regułami gatunku nie wszystko idzie tak jak trzeba, ale też spośród uciekających niewielu uchodzi z życiem. Okrucieństwo Niemców, którzy aby w jakiś sposób zmyć dyshonor rozstrzelali uczestników ucieczki, w jakiś sposób kłóciło się z przygodowym początkiem filmu, na co krytycy kręcili nosem. Niesłusznie: doborowa obsada (Steve McQueen, James Garner, Richard Attenboroug, Charles Bronson, James Coburn), wartka akcja i fascynująco pokazane mrówcze przygotowania do pracy (kopanie, wynoszenie ziemi, fabrykowanie dokumentów i ubrań, czy maskowanie odgłosów kopania przez prowadzenie chórku) sprawiają, że "Wielka ucieczka" to świetne widowisko.

Nakręcone kilkadziesiąt lat później "Imperium słońca" powraca do scenerii obozu japońskiego. W ekranizacji powieści J.G. Ballarda młody chłopiec z arystokratycznej angielskiej rodziny trafia najpierw na ulice Szanghaju, a później do obozu, w którym spędza całą wojnę. Tam wiedzie w miarę znośne życie, zdobywa nawet kilku przyjaciół - zarówno wewnątrz jak i za kratami. Oczywiście jak to u Spielberga, rzecz jest o dzieciach i ich dorastaniu, odzieraniu z marzeń. Reżyserowi znakomicie udało się oddać chaos wojny oczyma dziecka: grany przez świetnego Christiana Bale'a młody Anglik szuka autorytetów w najbliższym otoczeniu. Ucieka od dawnej ogłady, kumpluje się ze sztubackimi amerykańskimi lotnikami, fascynują go nawet wrogowie - japońscy kamikaze. Oczywiście w pewnym momencie życie musi zweryfikować jego poglądy i wybory - tutaj takim momentem jest przypadkowa śmierć japońskiego przyjaciela i wybuch bomby atomowej. O ile to pierwsze jest cokolwiek melodramatyczne, o tyle to drugie krytycy powszechnie chwalili jako udaną metaforę niewinności utraconej nie tylko przez bohatera, ale przez całą ludzkość. Dobrze zagranemu, poruszającemu filmowi nie zaszkodził obowiązkowy happy end, ale film przepadł w box-officach, a z nominacji w kategoriach technicznych nie przypadła mu żaden Oscar.

Złoto dla zuchwałych
* * *

"Piekło na Pacyfiku" (1968), "Listy z Iwo Jimy" (2006) czyli mój ukochany wróg.

Poważne pokazywanie wojny z perspektywy najgorszego wroga, Japończyka, były dla Amerykanów przez długi czas nie do pomyślenia. Jednym z filmów przełamujących schemat był dramat wojenny Johna Boormana "Piekło na Pacyfiku". Toshiro Mifune i Lee Marvin - obaj zresztą mający za sobą służbę w czasie II wojny światowej - grają tu żołnierzy wrogich armii, których los rzucił na tą samą bezludną wyspę. Mając tylko siebie zmuszeni są przejść od wrogości i niezrozumienia, do wzajemnej pomocy i szacunku. Ten rozpisany na dwie zaledwie osoby dramat ogląda się znakomicie nie tylko dzięki grze aktorów, ale też tematowi - początkowa wrogość bohaterów najdobitniej pokazuje co uczyniła wojna z umysłami żołnierzy.

Czterdzieści lat później Clint Eastwood skupił już tylko i wyłącznie na Japończykach - "Listy z Iwo Jimy" to dopełnienie dyptyku o wojnie na Pacyfiku rozpoczętego "Sztandarem chwały". Dopełnienie o klasę lepsze i słusznie nominowane do Oscara. Reżyserowi udało się pokazać jak Japończycy związani byli honorem, który determinował ich zachowania, dla nas niezrozumiałe - wyjątkowe okrucieństwo dla jeńców, samobójcze misje kamikaze - i w ogóle udział w wojnie, o której wiedzieli, że będzie przegrana. Ten tragizm wynikający z wypełniania obowiązku wbrew sobie oraz fakt, że widz od początku zna los bohaterów, przydają filmowi pewnej melancholii, przy czym Eastwood wypowiada się z sympatią nie o fanatyźmie, lecz o honorze. Najważniejsza jest tu bowiem sfera ludzkich wyborów - batalistyka jest u Eastwooda na drugim miejscu, poprzez realizację tych scen na monochromatycznej taśmie, walki są w jakiś sposób odrealnione. Dzięki temu wycofaniu batalistyki, a wysunięciu na pierwszy plan zwykłych Japończyków, o całkiem zwyczajnych marzeniach, przeszłości i poglądach, Eastwood przypomniał, że wróg też jest człowiekiem. A to wcale nie tak oczywista prawda.

* * *

"Lista Schindlera" (1993) czyli Dobry Niemiec.

"Lista Schindlera" to klasyczny melodramatyczno-optymistyczny Spielberg, którego Akademia doceniła siedmioma statuetkami, w tym dla najlepszego filmu i reżysera. Historia Oskara Schindlera, niemieckiego przedsiębiorcy, który ocalił setki Żydów wzrusza i zmusza do myślenia, zapewne dlatego, że jest historią niezwykłą. Schindler uratował ponad tysiąc ludzi bez jednego wystrzały, będąc zwykłym, przeciętnym obywatelem. Opowiedziana przez Spielberga to niejako dowód na to, że każdy może coś zmienić. O dziwo jak na Spielberga niewiele tu patosu - wzruszenia wymusza raczej sama historia - a niektóre symbole są bardzo ładnie wygrane. Oczywiście pomaga w tym znakomita gra aktorska, świetna zdjęcia Janusza Kamińskiego i poruszająca muzyka Johna Williamsa. Można utyskiwać, że to dzieło skrojone pod Akademię i Oscary, ale trzeba przyznać, że skrojone idealnie. I przez to wcale nie mniej poruszające.

Życie jest piękne
* * *

"Złoto dla zuchwałych" (1970) czyli witaj przygodo!

Dzielni żołnierze dezerterują by na własną rękę obłowić się na łupach wojennych . Brzmi to niezbyt poprawnie politycznie, ale właśnie ta świeżość spojrzenia na zwykłych przecież ludzi walczących w II wojnie światowej, sprawiła, że zgrany temat udanie ubrano w nowe szaty komedii łotrzykowskiej i filmu przygodowego. Co może zrobić zdegradowany porucznik-zawadiaka gdy od niemieckiego jeńca usłyszy o banku, w którym znajduje się kilkanaście tysięcy sztabek złota? Oczywiście zbierze grupę podobnych sobie szaleńców i wyruszy się obłowić. Szkopuł - ale i zabawa - w tym, że bank znajduje się kilkadziesiąt mil za linią wroga. Nie brak tu świetnych scen walk czołgów w miejskiej scenerii i humoru - pewien generał odbiera samowolny rajd żołnierzy jako akt heroizmu, Niemcy broniący banku dają się przekupić, a niemiecki Tygrys (grany przez radzieckiego T-34) i amerykański Sherman stają naprzeciw siebie niczym rewolwerowcy w spaghetti westernach. Smaczku całości dodaje znakomita rola Donalda Sutherlanda, którego nieco hippisowski szef czołgistów "Oddball" znakomicie uzupełnia tytułowego twardziela Kelly'ego (w oryginale: "Kelly's Heroes") Clinta Eastwooda. Wreszcie, w powstałym w tym samym roku co "MASH" filmie nie sposób nie dostrzec tego samego klimatu zmęczenia wojną wietnamską - bohaterowie "Złota dla zuchwałych" to znużeni wojną luzacy, którzy dzięki temu, że nawet nie starają się zrozumieć o co tu chodzi, dają sobie radę w tej szalonej rzeczywistości. Ten luz udzielił się chyba też scenarzystom, bo konstruują fabułę z dość ryzykownych elementów, trywializując miejscami wojnę, ale przecież nie o historyczną poprawność tu chodzi i nie przeszkadza to w żaden sposób cieszyć się wspaniała przygodą.

Podobny motyw aliantów i Niemców walczących o złoto pojawia się też w "Złocie dla pazernych" (1984) z Jean-Paulem Belmondo - zresztą nie bez kozery tak właśnie ochrzczonym w polskim tłumaczeniu. Od cokolwiek wtórnego francuskiego przeboju bardziej interesująca wydaje się być brytyjska "Ucieczka na Atenę" (1979) z gwiazdorską obsadą (m.in. Roger Moore, Telly Savalas, David Niven i Claudia Cardinale), doskonale sprawdzająca się jako przygodowe widowisko. Szkoda jednak, że oprócz kilku zapadających w pamięć scen - rakiety ukryte w monasterze, strzelanina w centrum miasteczka, pościg motocyklowy - ta historyjka o Brytyjczykach, Amerykanach i Niemcach próbujących obłowić się na skarbach Greków, nie ma odrobiny więcej wdzięku.

* * *

"Casablanca" (1942), "Stąd do wieczności" (1953), "Angielski pacjent" (1996) czyli wojna a miłość.

"Casablanca" to film legenda, co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Setki razy cytowany obraz, z którego sceny i dialogi są kultowe i weszły do powszechnej świadomości, znajduje się w prawie każdym zestawieniu najlepszych filmów wszechczasów - ale czy ma rację bytu wśród filmów wojennych? No cóż, niektóre z dramatów wojennych również traktują II wojnę światową cokolwiek pretekstowo, odwołując się przede wszystkim do cech ludzkiego charakteru, które mogłyby się uwidocznić niekoniecznie w okolicznościach wojennych. Podobnie jest z historią miłosną w "Casablance" - mogłaby zdarzyć się zawsze i wszędzie, ale tak się składa, że rozgrywa się akurat w czasie wojennej zawieruchy. We francuskim Maroku zbiegają się drogi francuzów z Vichy, nazistów, aliantów, zbiegów z krajów objętych wojną. W tym tyglu spotykają się Rick i Ilsa, dawni kochankowie, którzy miotają się od rozgoryczenia rozstaniem do wciąż tlącej się między nimi miłości. Wojna cały czas jest gdzieś w tle fabuły: w klubie Ricka Niemcy i Francuzi rywalizują na patriotyczne piosenki, a sam Rick wchodzi w posiadanie dokumentów umożliwiających swobodne poruszanie się po kontrolowanej przez nazistów Europie (a wiec również swobodnego wyjazdu do krajów za oceanem) i one stają się ogniwem, w którym zbiegają się interesy wszystkich postaci. Zresztą co chwila pojawia się tu motyw kombinowania, łapówek, tego wszystkiego co jest nieodłącznym elementem okupacji, a postać kapitana Louisa Renaulta w jakiś sposób symbolizuje chwiejność poglądów będącą udziałem całej Francji. Najważniejsze są jednak miłość i charaktery - a także finałowe rozwiązanie wątku miłosnego, dalekie od łatwego zjednoczenia kochanków, a dzięki temu kultowe.

Kompania braci
"Stąd do wieczności" to kolejny oscarowy gigant - osiem statuetek z trzynastu nominacji, w tym dla najlepszego filmu, reżysera, scenarzysty i aktorów drugoplanowych. Bardziej dramat niż film miłosny, ale wątek romansu żony oficera z jego podwładnymi i odważne sceny miłosne (słynna scena na plaży) usprawiedliwiają zakwalifikowanie filmu do tej kategorii. W zaczerpniętej z powieści Jamesa Jonesa historii bazy wojskowej tuż przed nalotem na Pearl Harbour ważniejszy jest jednak dramat żołnierzy służących w instytucji niesprawiedliwej, pełnej sadystycznych, niekompetentnych i głupich oficerów. Zwykli szeregowcy właśnie dlatego marzą o wyrwaniu się, azylem są dla nich burdele i puby. Bodaj jedyny film, który tak wyraźnie i ostro, na dwie dekady przed realistycznymi i brutalnymi obrazami o Wietnami, krytykował wojsko jako instytucję.

Pół wieku później kolejny melodramat wojenny, "Angielski pacjent", znów zgarnął oszałamiającą liczbę dziewięciu Oscarów. Co prawda głównie w kategoriach technicznych, choć doceniono także tę najważniejszą kategorię - najlepszy obraz. Zresztą film bezapelacyjnie uznano za najlepszy w sezonie, bo obdarowano również BAFTĄ i Złotym Globem. Dziejąca się na kilku płaszczyznach fabuła opowiada historię pacjenta, zestrzelonego pilota, który pod opieką pięknej pielęgniarki przypomina sobie okoliczności w jakich uległ wypadkowi. Obok rozgrywa się historia miłości tejże pielęgniarki do młodego Hindusa - zresztą pacjenta też dotyczy retrospektywny wątek miłosny - oraz, we wspomnieniach, historia szpiegowska. Jednak II wojna światowa rozgrywająca się w basenie Morza Śródziemnego jest tu na dalekim tle, podobnie jak i w "Casablance", jeśli już, to dzięki afrykańskiej scenerii więcej tu z filmu przygodowego niż wojennego. Trzeba natomiast oddać Anthony'emu Minghelli, że umiejętnie wykorzystał plenery i ciekawą powieść, tworząc z tego wzruszającą historię o miłości i zdradzie.

* * *

"Być albo nie być" (1942 i 1983) czyli wojna na wesoło.

Czy można o okupacji opowiadać na wesoło? Jasne, udowodniła to francuska "Wielka włóczęga" (1966), a wcześniej polski "Giuseppe w Warszawie" (1964). Mel Brooks poszedł tym tropem, sięgając nawet jeszcze dalej w przeszłość - już w 1942 roku Ernst Lubitsch znajdował w okupacji źródła humoru w oryginalnej wersji "Być albo nie być". Remake powtarza fabułę tamtego filmu: trupa aktorów w Warszawie nie dość, że i tak ma ciężkie życie pod okupacją, to jeszcze wikła się w szaloną komedię pomyłek powodowaną wizytą Hitlera i ukrywaniem brytyjskiego oficera. Brooks jak zwykle produkuje mnóstwo znakomitych gagów w swoim stylu, ale nie brak tu też odrobiny dramatyzmu. W końcu o dręczących Polaków okupantach nie dałoby się opowiadać całkiem serio - "Być albo nie być" był na przykład jednym z niewielu filmów, który podejmował kwestię piętnowania przez nazistów homoseksualizmu.

Bez wątpienia komedią jest też "1941" (1979), jeden z bardziej nieudanych filmów Stevena Spielberga. Tej zbyt szalonej burlesce o japońskiej łodzi podwodnej przypadkowo wypływającej tuż po ataku na Pearl Harbour w okolicach Los Angeles i wywołującej panikę wśród Amerykanów, zabrakło twardej ręki reżysera, który zebrałby wszystkie pomysły w całość i umiejętnie je połączył. Rozbitego na epizody "1941" nie ratuje nawet dobra jak zwykle rola Johna Belushi. Lepiej prezentuje się "Paragraf 22" (1970) o amerykańskich lotnikach stacjonujących w Europie i robiących wszystko by nie latać na kolejne misje - a tym samym przeżyć. Tym razem podstawowym problemem okazało się sprostanie legendzie książki Josepha Hellera i jej rwanej, fragmentarycznej narracji.

* * *

Jeśli mowa o komediach, dramatach i romansach rozgrywających się na tle II wojny światowej, warto byłoby też wspomnieć o odrębnym zjawisku jakim jest horror. Niestety, ciężko w tej kategorii znaleźć reprezentanta, który wart byłby osobnej wzmianki - choć pomysły były różne i często ciekawe. "Twierdza" (1983) Michaela Manna brała na tapetę klimaty wampiryczne, opowiadając za powieścią F. Paul Wilsona o nawiedzonej rumuńskiej twierdzy, którą zajmują nieświadomi niczego nazistowscy żołnierze. W "Ciśnieniu" (2002) amerykański okręt podwodny patrolujący Atlantyk podejmuje na pokład rozbitków, których pojawienie się wyzwala serię dziwnych i groźnych wydarzeń - później okazuje się, że całość brała początek ze "zwykłego", wcale nie nadnaturalnego okrucieństwa: zabijania niewinnych ofiar. Trochę bardziej standardowo jest w "Bunkrze SS" (2001) - niemieccy żołnierze szukają tu schronienia w nawiedzonych tunelach. Podobnie zaczyna się "Eksperyment SS" (2008), z tym, że myszkującymi są tutaj Amerykanie, a ich odkryciem - efekty szalonych nazistowskich eksperymentów. Zresztą zombie i II wojna światowa to także temat kilku filmów.

Cienka czerwona linia
* * *

Oczywiście powyższe zestawienie, będące bardziej przeglądem tematycznym niż bezwzględnym kanonem, nie wyczerpuje puli amerykańskich filmów o II wojnie światowej wartych obejrzenia - dość wspomnieć choćby znakomite "Cienką czerwoną linię" czy "Wielką czerwoną jedynkę". Powstało też sporo filmów nie do końca udanych, choć prezentujących wojnę z ciekawego punktu widzenia, jak "Szyfry wojny" (2002) czy "Wróg u bram".

Trzeba też pamiętać, że produkcje hollywoodzkie i polskie to jedynie ta najbardziej znana w naszym kraju część kinematografii traktującej o II wojnie światowej. Są jeszcze przecież znakomite filmy japońskie jak "Grobowiec świetlików" (1988), "Dola człowiecza" (1958) czy francusko-japoński "Hiroszima moja miłość" (1959). Jest ogrom świetnych filmów radzieckich, w opinii wielu bijących na głowę produkcje anglosaskie - "Idź i patrz" (1985), "Lecą żurawie" (1957), "Tak tu cicho o zmierzchu" (1972), "Ballada o żołnierzu" (1959), "Los człowieka" (1959), "Czterdziesty pierwszy" (1956), "Ojciec żołnierza" (1964), monumentalne "Wyzwolenie" czy współczesne "Nasi" (2004) albo "Kukułka" (2002). Znajdzie się kilka świetnych filmów opowiadających historię II wojny z perspektywy Niemiec - "Żelazny Krzyż" (1977), "Okręt" (1981), "Stalingrad" (1993) i "Upadek" (2004). Są też perełki z innych krajów: komediowe francuskie "Wielka włóczęga" (1966) czy "Złoto dla pazernych" (1984), czeski "Ciemnoniebieski świat" (2001), brytyjskie "Bitwa o Anglię" (1969), "Bitwa o ujście rzeki" (1956) czy szpiegowska "Igła" (1981), włoskie "Rzym, miasto otwarte" (1945) i "Życie jest piękne" (1997). Ale to już temat na osobny artykuł…


Jakub Gałka
  Ocena: 4.0/5
Twoje oceny
Średnia 2 Głosy
Średnia ocena to 4.0 gwiazdek z 5.

 Komentarze

rali
z którego roku ten artykuł skoro piszecie w nim że serial pacyfik dopiero w produkcji???
Dodany 24.06.2013 21:34.
zibi7
341 pkt.
Szkoda że oprócz jednego polskiego tytułu (Giuseppe w Warszawie ) nie ma w zestawieniu innych polskich filmów.
Dodany 12.03.2013 18:29.
luki
14 pkt.
ja myślę że lista całkiem przyzwoita
Dodany 25.02.2013 13:58.
Bardzo dobry film Karny batalion
Dodany 07.09.2010 00:00.
Przydałaby się do tego zestawienia 9 kompania jak dla mnie najlepszy film o wojnie
Dodany 21.08.2010 00:00.
Dlaczego tak mało jest filmów rosyjskich na dvd ?
Dodany 14.02.2010 00:00.
"Johny poszedł na wojnę" - jako podsumowanie wszystkiego, co o wojnie powiedziano i sfilmowano.
Dodany 30.09.2009 00:00.
Trafiłam na tą stronę przypadkiem. Chciałam się spytać, czy wiecie może co to za film, bo nie pamiętam tytułu, a chciałabym go znaleźć. Był to amerykański film (tzn mówili po ang), działo się to w USA. To było o Japończykach żyjących w Stanach przed wojną i w jej trakcie. W jakiejś Japonce zakochał się Amerykanin, a potem jak zaczęła się wojna to ją i jej rodzinę dali do jakiegoś obozu a on musiał jechać walczyć. Mieli córeczkę... Pokazano w tym filmie jak się początkowo odnoszono do Japończyków i jak po ataku na Pearl Harbor niszczono im domy itp... Wie ktoś może jaki był tytuł tego filmu?
Dodany 24.09.2009 00:00.
Właśnie, "Pianista" to film ,który nie jest przepompowany tym co już wszyscy wiedzą (przynajmniej Polacy) o wojnie...
Polecam również "Chłopiec w pasiastej piżamie" z nowszych filmów.
A totalnym niewypałem jest oczywiście "Valkiria" - jak dla mnie.
Dodany 03.09.2009 00:00.
Fragment o złocie dla zuchwałych "Wreszcie, w powstałym w tym samym roku co "MASH" filmie nie sposób nie dostrzec tego samego klimatu zmęczenia wojną wietnamską..."
Złoto dla zuchwałych to II WŚ a MASH to wojna koreańska ktoś się nie zastanowił co pisze.
Dodany 02.09.2009 00:00.
[cytat Mac]Fragment o złocie dla zuchwałych "Wreszcie, w powstałym w tym samym roku co "MASH" filmie nie sposób nie dostrzec tego samego klimatu zmęczenia wojną wietnamską..."
Złoto dla zuchwałych to II WŚ a MASH to wojna koreańska ktoś się nie zastanowił co pisze.
...i oba powstały w najgorętszym okresie wojny wietnamskiej (o Oddbal to w ogóle wzór hipisa). Ktoś się nie zastanowił co czyta.
Dodany 02.09.2009 00:00.
[cytat Pietrow]"(..) znakomite filmy japońskie jak "Hiroszima moja miłość" (1959)"? No to ciekawa teza. Resnais by się pewno zdziwił.
zjadło przedmyślnik "francusko-japoński" i wyszedł kwas :/
Dodany 02.09.2009 00:00.
A gdzie "Pianista"?? Powinien być przynajmniej wspomniany.
Dodany 02.09.2009 00:00.
W "1941" występował John, a nie James Belushi.
Dodany 01.09.2009 00:00.
Dodany 01.09.2009 00:00.
A gdzie genialny Wesołych Świąt Pułkowniku Lawrence Oshimy z niesamowitą rolą Takeshi Kitano i Davidem Bowie?
Dodany 01.09.2009 00:00.
najlepsza jest cienka czerwona linia Malicka. Oglądałem ten film z 10 razy i jeszcze pewnie nie raz obejrzę.
Dodany 01.09.2009 00:00.
"(..) znakomite filmy japońskie jak "Hiroszima moja miłość" (1959)"? No to ciekawa teza. Resnais by się pewno zdziwił.
Dodany 01.09.2009 00:00.
Mariusz Pałka
@max: Popieram! "Cienka czerwona linia" RZĄDZI WSZEM I WOBEC!!!
Dodany 01.09.2009 00:00.
Cienka czerwona linia to opus magnum gatunku, jak mozna było tylko na końcu coś napomknąć???
Dodany 01.09.2009 00:00.
Wyświetlanie 1 - 20 z 21 rezultatów.
z 2