Filmowe światy Stanisława Lema

Więcej
Wstęp Ponad pół wieku pracy literackiej Stanisława Lema przyniosło mu ogromną popularność nie tylko wśród miłośników klasycznej science-fiction. Tłumaczony i wydawany na całym świecie, najpopularniejszy z żyjących polskich pisarzy, przyciąga coraz to nowe pokolenia rzetelną wiedzą z najróżniejszych dziedzin współczesnej nauki, porywającymi wizjami przyszłości ludzkości i futurystycznych zagrożeń dla jej rozwoju, a przede wszystkich filozoficzną głębią dyskursu, jaki w ciągu dziesiątków lat prowadzi ze swymi czytelnikami. A są ich miliony.

Książki Stanisława Lema zostały przetłumaczone na większość liczących się w świecie języków, wydane w milionowych nakładach, nie znikają do dziś z księgarskich półek Polski i wielu krajów świata. Najwyżej ceniona i najczęściej wydawana powieść "Solaris" znana jest w 38 językach, a w Polsce od chwili jej napisania - w 1960 roku - wydana została piętnaście razy.

Wydawałoby się więc, że powieści i opowiadania tak cenionego pisarza, wyrastającego dalece ponad poziom współczesnej fantastyki literackiej powinny budzić nieustające zainteresowanie filmowców i zostać już przeniesione na kinowy i telewizyjny ekran dziesiątki razy. Tymczasem jest odwrotnie. Filmów będących adaptacją utworów Lema jest raptem 14 - wliczając w to i średniometrażowe obrazy telewizyjne będące adaptacją opowiadań Lema i najnowszą, amerykańską ekranizację powieści "Solaris".

Wielkość prozy i miałkość kina Sam Lem jest sceptyczny wobec prób przenoszenia jego prozy na ekran. Kiedy podpisał umowę z Twentieth Century Fox na ekranizację "Solaris" stwierdził w rozmowie ze Stanisławem Beresiem (miesięcznik "Odra", nr 9/2001): "Nie podoba mi się, że autor nie ma żadnego wpływu na film. Nie mam w związku z tym poczucia bezpieczeństwa. To jest rodzaj niewoli intelektualnej, a ja nie lubię być sprzedawany w niewolę. (...) Namawiano mnie, żebym zgodził się na podpisanie umowy, bo jestem stary. Ma to rzeczywiście swoje plusy, bo, jak mi się zdaje, film będzie kręcony po mojej śmierci. To dobrze! Z tamtego świata będę mógł na to patrzeć spokojnie". Na szczęście Lem dożył premiery "Solaris" i film - w odróżnieniu od większości wcześniejszych adaptacji jego prozy - zyskał jego ostrożną aprobatę. Stanisław Lem po obejrzeniu filmu powiedział: "Wizja artystyczna Soderbergha wydaje się przemyślana i konsekwentna, pozostaje jednak w pewnym oderwaniu od pierwowzoru. (...) Soderbergh popełnił kawałek ambitnego, artystycznego kina - trudny do zgryzienia orzech dla masowego odbiorcy, karmionego hollywoodzką papką".

Na przykładzie "Solaris" widać chyba najlepiej problemy wobec których stają ci, którzy chcieliby prozę Lema przenieść na kinowy ekran. Twórczość Lema jest niemal afilmowa - przynajmniej jeśli chodzi o kino adresowane do masowego widza. Doskonałe fantastyczne pomysły (takie jak choćby myślący ocean Solaris, czy pseudointeligentne "muszki" z powieści "Niezwyciężony"), wizje przyszłych dylematów i możliwych dróg rozwoju ludzkości ukazane są w prozie, w której akcja, dialogi i opisy wydarzeń (czyli podstawowe tworzywo, z którego można zbudować film) są tylko tłem, pretekstem do filozoficznych rozważań o granicach naszej wiedzy, barier na drodze do poznania zagadek bytu, nieskończonego Kosmosu. Najbardziej fantastyczne pomysły, wydarzenia rozgrywane w świetle innych gwiazd są tylko lustrem, w którym przeglądamy się my sami - ludzie żyjący na Ziemi, tu i teraz, szukający dróg rozwoju i doskonalenia się. Jak przenieść tę filozoficzną warstwę twórczości Lema na ekran? Przez rozbudowane dialogi czy wewnętrzne monologi bohaterów? Przez komentarz z offu? Nonsens! Ta najwartościowsza warstwa utworów Lema musi jako pierwsza paść ofiarą filmowych adaptatorów. To co wówczas pozostanie dalekie będzie od tego, co cenią miliony czytelników Lema. Do tego dodajmy brak wątków bez których trudno wyobrazić sobie współczesne masowo oglądane kino. W książkach Lema nie ma wyrazistych postaci kobiet - najczęściej nie ma ich wcale. Miłość, wielkie namiętności, to co rozgrywa się między kobietą a mężczyzną to wątki właściwie nieobecne u tego pisarza. Wyjątkiem - potwierdzającym tę regułę - jest właśnie "Solaris".

Utwory Lema czekają nadal na reżysera, który dorównując pisarzowi erudycją oraz sposobem myślenia zdoła zamienić jego pisarską wizję i zawarte w niej myśli na ciąg obrazów tworzących film naprawdę Lemowski. W istocie musi to nastąpić daleko od obszarów kina popularnego...

Zanim to nastąpi warto sobie przypomnieć dotychczasowe ekranizacje prozy Lema, częściej uznane za porażki niż sukcesy ich twórców.

Socrealistyczna podróż na Wenus W 1951 roku Stanisław Lem wydaje "Astronautów" - swoją pierwszą powieść ukazującą się w wydaniu książkowym. Wcześniejszy, napisany w 1946 roku, "Człowiek z Marsa" drukowany był jedynie w krótko wydawanym czasopiśmie "Nowy Świat Przygód", a na edycję książkową czekał do roku 1994.

"Astronauci" to opowieść o pierwszej wyprawie na Wenus, która odbywa się w roku 2006. Załoga statku "Kosmokrator" ma wyjaśnić zagrożenie ze strony wenusjańskiej cywilizacji planującej jakoby podbój Ziemi. Na Wenus zastają jednak ślady zagłady spowodowanej wojną atomową, która ogarnęła całą planetę niszcząc wszystko co żyje. Antywojenny ton powieści i płynący z niej morał, że tylko pokojowe wykorzystanie energii atomowej jest dobre dla ludzkości korespondowały z ówczesną propagandą krajów socjalistycznych, choć sama powieść odbiegała dalece - in plus - od nie mających lemowskiego rozmachu sztampowych utworów ówczesnej fantastyki krajów tzw. obozu socjalistycznego.

W 1960 roku powieść przeniesiona została na ekran jako "Milcząca gwiazda". Była to współprodukcja polsko-niemiecka (z kinematografią ówczesnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej), zrealizowana z rozmachem. Film był kolorowy, szerokoekranowy, ze świetnymi jak na owe czasy efektami specjalnymi zrealizowanymi w berlińskim studiu DEFY. Statek kosmiczny, skafandry astronautów, metalowe wenusjańskie "mrówki", a przede wszystkim pejzaże zniszczonej Wenus z czarną, zagrażającą ludziom magmą wyróżniało plastyczne wysmakowanie. Scenografia tego zapomnianego filmu, nie pokazywanego obecnie w kinach i nie przypominanego przez stacje telewizyjne, nawet dziś może się podobać. Była dziełem polskiego scenografa Anatola Radzinowicza. Jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych w wydawanych w USA książkach poświęconych historii filmowej fantastyki (np. w "A Pictorial History of Science Fiction Films" Jeffa Rovina) "Milcząca gwiazda" była ciepło wspominana, a przy ilustrujących wzmianki o filmie fotosach znaleźć można było podpisy w rodzaju: "Splendid miniatures".

Scenografia i rozmach to chyba jedyne plusy tego filmu. Scenariusz był wielokrotnie przerabiany i w rezultacie upraszczał wymowę powieści, gubiąc proces poznania i zrozumienia motywów działania obcej cywilizacji, podporządkowując całą akcję jednej tylko tezie: wyścig zbrojeń i kapitalizm prowadzą do zagłady. Zmiany dotyczyły też czasu akcji - filmowy "Kosmokrator" wyrusza na Wenus w 1985 roku.

Publicystyczna doraźność nie przeszkodziła jednak w karierze tego obrazu na zagranicznych ekranach. "Milcząca gwiazda" na tle ówczesnych produkcji science-fiction wyglądała całkiem dobrze. Film wyświetlano w większości krajów Europy Zachodniej, a także w Stanach Zjednoczonych (w roku 1962, pod tytułem "First Spaceship on Venus"). Wyświetlana w tych krajach wersja filmu różniła się znacznie od oglądanej w Polsce. Została skrócona (dzięki czemu mniej raził jej propagandowy wydźwięk), a oryginalną ilustrację muzyczną z efektami elektronicznymi, skomponowaną przez Andrzeja Markowskiego, zastąpiła szablonowa muzyka ilustracyjna.

Stanisław Lem w wywiadzie-rzece udzielonym Stanisławowi Beresiowi, a wydanym w książce "Tako rzecze... Lem" mówi o tym filmie bardzo krytycznie: "Wygłaszano w nim niemal przemówienia na temat walki o pokój, nawalono jakiejś tandetnej scenografii, bulgotała smoła, której nawet dziecko by się nie przestraszyło... Ten film był dnem dna!".

Komuniści ruszają ku gwiazdom W 1963 roku kinematografia czechosłowacka podjęła ambitną próbę nakręcenia kosmicznej epopei ukazującej pierwszą wyprawę poza Układ Słoneczny - do planet gwiazdy Alfa Centaura. Odbywa się ona w połowie XXII stulecia na pokładzie statku "Ikaria". Na szlaku swej kosmicznej wędrówki kosmonauci napotykają wrak rakiety zbudowanej na Ziemi w XX stuleciu. To kosmiczna stacja służąca do przenoszenia i miotania ładunków atomowych - relikt czasów "zimnej wojny". Załoga "Ikarii" niszczy wspomnienie niechlubnej przeszłości i leci dalej. Napotyka tajemnicze promieniowanie powodujące u kosmonautów napady agresji. Pokonuje strefę promieniowania i zbliża się do Białej Planety - celu wyprawy. Okazuje się, że promieniowanie było dziełem cywilizacji zamieszkującej tę planetę, dla której zniszczenie wraku dawnej stacji było ostrzeżeniem o zbliżaniu się groźnych istot, które stworzyły śmiercionośną stację kosmiczną...

Fabuła filmu "Ikaria XB-1" przypomina w ogólnych zarysach akcję powieści Stanisława Lema "Obłok Magellana", choć w czołówce filmu nie ma żadnej wzmianki o Lemie. Popularna wówczas w Polsce i krajach socjalistycznych książka miała wiele wydań. Wizja podróży do gwiazd, podobnie jak we wcześniejszych "Astronautach", zawierała akcenty antywojenne, krytykę militaryzmu i pochwałę zjednoczonej ludzkości wyruszającej w daleki Kosmos, szukającej innych cywilizacji, badającej nieznane. Jeden z rozdziałów powieści nosił wręcz tytuł: "Komuniści". I choć doraźne koncesje na rzecz obowiązującej wówczas socjalistycznej stylistyki nie przeważyły nad rozmachem powieści ukazującej wielką kosmiczną przygodę ludzkości (w książce rozgrywającą się w XXXII wieku!), Lem od kilkunastu lat nie wyraża zgody na wznawianie tej powieści.

Czechosłowacki film wykorzystywał w sposób oczywisty, choć dość swobodnie, wątki "Obłoku Magellana" i dlatego mimo wspomnianego braku przywołania nazwiska Lema uważany jest za kinową adaptację tej książki. Podobnie jak "Milcząca gwiazda" czechosłowacki film korzystnie wyróżniał się na tle ówczesnych produkcji gatunku. Pokazany na I Festiwalu Filmów Fantastycznych w Trieście zdobył Grand Prix - nagrodę Złotej Rakiety, a w późniejszym czasie pokazywany był w Europie Zachodniej i w USA (pod tytułem: "Voyage to the End of the Universe"). O przyjęciu tego filmu może świadczyć opinia angielskiego krytyka Johna Baxtera, którą przytacza Andrzej Kołodyński w swoim "Małym leksykonie filmowym - Filmy fantastyczno-naukowe": "Po raz pierwszy ukazane zostało życie na statku kosmicznym, po raz pierwszy zajęto się takimi sprawami, jak rozrywka w chwilach wolnych od pracy, analizując je w kategoriach futurystycznych. Ludzie na tym statku chodzą na tańce, urządzają przyjęcia, myją się, kochają...". Dziś takie ujęcie nie jest niczym nowym, ale wówczas zwracało uwagę widza przyzwyczajonego do przygodowych i powierzchownych zwykle produkcji science-fiction.

Telewizyjny przekładaniec W połowie lat sześćdziesiątych polska telewizja wyprodukowała cykl dwudziestokilkuminutowych filmów z elementami fantastyki i horroru, wśród których znalazły się dwa filmy oparte na opowiadaniach Stanisława Lema. Pierwszy z nich - "Profesor Zazul" to adaptacja jednej z opowieści z cyklu "Ze wspomnień Ijona Tichego", które łączy postać kosmicznego awanturnika i łowcy przygód, a zarazem łgarza będącego futurystycznym odpowiednikiem słynnego barona von Münchausena. W telewizyjnym filmie jego bohater - dziennikarz spotyka się z tajemniczym profesorem i odkrywa, że jest to sobowtór prawdziwego Zazula, jak dziś byśmy to określili klon profesora, zaś pierwowzór spoczywa zakonserwowany w laboratoryjnym pojemniku...

Drugi z tego cyklu filmów to "Przyjaciel", adaptacja opowiadania pod tym samym tytułem. To opowieść o człowieku sterowanym przez potężny mózg elektronowy zmierzający do przejęcia władzy nad światem. Filmy z tego cyklu, zrealizowane niestety na czarno-białej taśmie filmowej, były dobrą propozycją eksportową polskiej telewizji. Zakupione do wielu krajów pojawiały się w telewizyjnych programach do czasu, gdy niepodzielnie wkroczyła telewizja kolorowa...

W trzy lata później powstał 36-minutowy film telewizyjny, który sam Lem uważa za najlepszą adaptację swojej prozy. Był to "Przekładaniec" w reżyserii Andrzeja Wajdy. W książce "Tako rzecze...Lem" czytamy o nim: "Przekładaniec" Wajdy z Kobielą w roli głównej, zupełnie mnie satysfakcjonuje". Jak na Lema to wielka pochwała... Być może - oprócz talentu Wajdy - przyczynił się do tego fakt, że film powstał nie na podstawie adaptowanej prozy Lema, lecz tekstu napisanego od początku jako scenariusz filmowy, pozbawionego tak charakterystycznych dla Lema nieprzekładalnych na język kina filozoficznych i naukowych dywagacji.

"Przekładaniec" to opowieść o kierowcy rajdowym Richardzie Foxie (świetny Bogumił Kobiela), który w roku 2000, wraz ze swoim bratem, uczestniczy w tragicznie zakończonym rajdzie. Jego brat Thomas ginie, a narządy zmarłego służą do transplantacji. Biorcą jest między innymi Richard. Towarzystwo ubezpieczeniowe wypłaca tylko część odszkodowania z tytułu śmierci kierowcy, bo przecież większość organów zmarłego "żyje" w ciałach innych ludzi, wdowa po Thomasie żąda odszkodowania od Richarda, bo przecież weszła z nim "w wyjątkowy związek cielesny", a adwokaci mają pełne ręce roboty. Wypadki na torze wyścigowym zdarzają się jednak nadal pociągając u Richarda kolejne transplantacje organów, w tym także pobranych od psa, który znalazł się opodal toru i niezwykłe zmiany osobowości biorcy... Groteskowa wizja świata przyszłości, w którym transplantacje stały się niemal powszednie, została brawurowo wyreżyserowana i zagrana. Na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych w Sitges w 1970 roku film Andrzeja Wajdy zdobył Medal Specjalny.

"Durak" Tarkowski Amerykańska adaptacja powieści "Solaris" jest już trzecią z kolei. Pierwsze dwie powstały w Związku Radzieckim. Najpierw, w roku 1970, Nikołaj Nirenburg nakręcił dwuczęściowy film telewizyjny. O jego jakości może świadczyć fakt, że obraz ten został kompletnie zapomniany, nawet w swoim ojczystym kraju. Nigdy też nie trafił na polskie ekrany telewizyjne.

W dwa lata później w wytwórni Mosfilm powstał "Solaris" w reżyserii wybitnego twórcy rosyjskiego kina, nieżyjącego już Andrieja Tarkowskiego. To z pewnością najgłośniejsza z dotychczasowych adaptacji prozy Lema, dojrzała artystycznie propozycja odczytania powieści, odbiegająca jednak w znacznym stopniu od książkowego pierwowzoru. Andriej Tarkowski ukazał krążącą wokół Solaris stację badawczą w dużym uproszczeniu, niemal odrzucił fantastyczno-naukowe rekwizyty skupiając się na rozważaniach o kwestiach sumienia, odpowiedzialności każdego człowieka za swoje czyny. W tym filmie, w którym główny bohater chodził korytarzami kosmicznej stacji w skórzanej kurtce dalekiej od kosmicznej mody filmów SF, chodziło nie o kontakt z innym rozumem, nie o granice ludzkiego poznania, ale o odwieczne problemy porozumienia się ludzi ze sobą. Te rozbieżności spowodowały, że już na planie filmu doszło do sporu Lema z Tarkowskim.

Anegdota mówi, że Lem gonił za reżyserem krzycząc do niego: "Durak! Durak!". Sam Lem mówi o tym filmie w książce "Tako rzecze...Lem", w rozdziale zatytułowanym "Rozczarowania filmowe": "Do tej adaptacji mam bardzo zasadnicze zastrzeżenia. Po pierwsze, życzyłbym sobie zobaczyć planetę Solaris, ale niestety reżyser mi tego nie umożliwił, bo jest to przecież dzieło kameralne. A po drugie - co powiedziałem Tarkowskiemu w jednej z kłótni - on wcale nie nakręcił "Solaris", tylko "Zbrodnię i karę". (...) A już zupełnie okropne było to, że Tarkowski wprowadził do filmu rodziców Kelvina, a nawet jakąś jego ciocię. Ale przede wszystkim matkę - bo matka to jest mat, a mat to jest Rossija, Rodina, Ziemla. To mnie już porządnie rozgniewało. Byliśmy w tym momencie jak dwa konie, które ciągną ten sam wóz w przeciwne strony. (...) Tarkowski przypomina mi porucznika z epoki Turgieniewa - jest bardzo sympatyczny i szalenie ujmujący, a zarazem wizjonerski i niepochwytny. Nie można go nigdzie "dopaść", bo zawsze jest jakby gdzieś indziej. Po prostu on taki jest. Kiedy to zrozumiałem, dałem sobie spokój. Tego reżysera nie można zreformować, a przede wszystkim niczego nie da mu się wytłumaczyć, bo i tak wszystko przerobi na "swoje".

Dziś "Solaris" Tarkowskiego przypomina się zazwyczaj przy okazji amerykańskiej adaptacji tej powieści. Trudno zobaczyć ten film w kinie czy w telewizji, choć w Stanach Zjednoczonych w okresie, gdy Soderbergh kręcił swój "Solaris", wersję Tarkowskiego wydano nawet na płycie DVD.

Kryminał, horror i science-fiction w jednym Opublikowana w 1959 roku powieść "Śledztwo" zaczyna się jak klasyczny angielski kryminał, choć tytułowe śledztwo dotyczy zdarzeń pozornie błahych - tajemniczego bezczeszczenia zwłok spoczywających w prowincjonalnych kostnicach. Dalej mamy prawie horror, gdyż poszlaki wskazują na "ożywanie" zwłok i coraz dalsze ich wędrówki, zaś zakończenie powieści jest już czystą science-fiction: przyczyną niezwykłych wypadków jest prawdopodobnie przypadek, zbieg wielu czynników sprawiających, że zwłoki zaczynają się poruszać. Ta powieść Lema, podobnie jak późniejszy "Katar" mówi, że w świecie współczesnym, w którym splatają się działania tysięcy czynników: chemicznych, biologicznych, społecznych, coraz częściej ich koincydencja prowadzić może do zdarzeń niezwykłych, pozornie niewytłumaczalnych. "To jest świat, w którym wczorajsza niezwykłość staje się dzisiejszym banałem, a dzisiejsza skrajność - jutrzejszą normą" - pisze Lem w "Katarze".

"Śledztwo" to powieść kameralna, bez kosmicznego rozmachu, z małą liczbą filozoficznych dywagacji, nie sprawiająca więc większych trudności w filmowej adaptacji. Dwukrotnie sięgnęła po nią polska telewizja. W 1973 roku Marek Piestrak nakręcił skromny, półgodzinny film. Drugą wersję przygotował dla Teatru Telewizji Waldemar Krzystek w roku 1997. Żadna z nich nie wyrosła ponad przeciętność, ale też swego rodzaju nijakość spowodowała, że na temat tych filmów Lem głosu nie zabierał.

W październiku 2002 roku dotarła do Polski wiadomość, że kolejną adaptacją filmową "Śledztwa" zainteresowany jest James Cameron. Amerykański reżyser i producent filmowy przygotowuje się ponoć do zakupu praw autorskich tej książki za - podobnie jak w przypadku "Solaris" - okrągły milion dolarów. Ponoć w tym przypadku Cameron sam zająłby się reżyserią filmu. Ciekawe czy dość statyczna akcja powieści nie zostanie wzbogacona w amerykańskim scenariuszu o atrakcje godne kina akcji?

W polskich filmografiach Lema (np. zamieszczonej w poświęconym fantastyce miesięczniku "SFera" - nr 2/2003) wymienia się jeszcze jedną ekranizację "Śledztwa" - film "Un si joli village" nakręcony we Francji w roku 1978, którego reżyserem i współscenarzystą jest Etienne Perier. W rzeczywistości film ten to opowieść kryminalna nakręcona na podstawie powieści "Le moindre mal", której autorem jest Jacques Laborde. Błąd - powtarzany na kilku stronach internetowych poświęconych twórczości Lema - wynikł chyba z amerykańskiego tytułu tego filmu - "The Investigation" (czyli po polsku: "Śledztwo").

Wrzesień 1939 według Lema "Szpital przemienienia" to w dorobku Stanisława Lema podwójnie nietypowa książka. Po pierwsze - bo jej akcja rozgrywa się jesienią 1939 roku, w początkach niemieckiej okupacji Polski, w szpitalu dla umysłowo chorych. Po drugie - "Szpital przemienienia" jest samodzielną powieścią, której napisanie datowane jest na wrzesień 1948 roku i zarazem pierwszym z trzech tomów obszerniejszego dzieła zatytułowanego "Czas nieutracony". Lem nie daje jednak od dawna zgody na wznowienie całości twierdząc, że części druga i trzecia powieści zostały na nim w latach pięćdziesiątych, czasach socrealizmu w literaturze, wymuszone i nie odpowiadają jego osobistym zamysłom twórczym.

"Szpital przemienienia" to moralitet, którego bohaterem jest Stefan, młody lekarz podejmujący swoją pierwszą pracę. Nastały jednak czasy, w których humanizm ma się stać pojęciem z przeszłości. Zamknięty, izolowany od świata zewnętrznego szpital nie jest jednak wyspą na oceanie zła, a momentem ostatecznej próby dla bohaterów opowieści staje się czas, kiedy Niemcy podejmują decyzję o likwidacji szpitala i eksterminacji chorych. Zagłada szpitala staje się opisem ludzkich losów i postaw w czasach fanatycznego ludobójstwa.

Kinowej adaptacji powieści podjął się w 1978 roku Edward Żebrowski. Powstał udany film, nagrodzony "Srebrnymi Lwami Gdańskimi" na FPFF w Gdańsku, ale zarazem kolejny, który nie zyskał aprobaty pisarza. W książce "Tako rzecze...Lem" filmowi poświęcona została krytyczna analiza licząca niemal sześć stron druku. Lem mówi: "...Wylałem na scenarzystów i reżysera ogromny kubeł pomyj. (...) Żebrowski nie dość, że połamał w tym filmie wiele postaci, to jeszcze złamał słowo, gdyż obiecał mi pokazać scenariusz, a ja go w ogóle nie widziałem na oczy. (...) Jeśli chodzi o te czasy, to jestem niezwykle wrażliwy na wszelkie zakłamania prawdy historycznej. Jeśli Niemcy mieli nakazane mordować określoną kategorię ludzi, to nie mordowali w ramach tej akcji nikogo innego. A zatem nie zabiliby, jak chce Żebrowski, wszystkich sióstr zakonnych ze szpitala. Tymczasem reżyser zrobił w tym filmie zbiorową mogiłę dla wszystkich. (...) Nigdy nie mogłem zrozumieć zachwytów, jakich doczekał się ten film. A już zupełnie nie wiem, co mogło w nim wzbudzić zastrzeżenia polityczne. (....) Kiedy wyjeżdżałem z Krakowa, filmu jeszcze nie było, a kiedy wróciłem, już go nie było. (...) Ogólnie mówiąc, wszystkie moje doświadczenia z filmowcami mocno mnie rozczarowały i przyniosły mi sporo przykrości". Ta myśl Lema pozostała aktualna do dziś...

Oblany test i mało znane filmy O kolejnym filmie, nakręconym też w 1978 roku, Stanisław Lem mówi w "Tako rzecze... Lem": "W tym filmie niemal wszystko zostało pogrubione i sprymitywizowane. (...) Od początku miałem wątpliwości, i to bardzo poważne, czy z tego materiału literackiego da się zrobić film bez dużych zmian w fabule i sporego wkładu inwencji w wyobraźni filmowej. W tym filmie jest tylko kilka dobrych scen. Z wszystkich pozostałych wieje tandetą i nudą. Reżyser nie poszedł ani na usensacyjnienie, ani na podintelektualizowanie, ani w żadnym innym kierunku". To opinia pisarza o filmie Marka Piestraka "Test pilota Pirxa" nakręconym w koprodukcji polsko-radzieckiej (z wytwórniami w Tallinie i Kijowie).

Materiał literacki był interesujący. Za podstawę scenariusza posłużyło opowiadanie "Rozprawa" z cyklu "Opowieści o pilocie Pirxie". Mowa w nim o locie w kierunku Saturna, podczas którego wśród załogi statku znalazł się android - próbny egzemplarz z serii, która ma zastąpić ludzi w kosmosie. Pirx nie wie kto z członków załogi jest człowiekiem, a kto nie.

Jeśli nie rozpozna androida - test wypadnie pomyślnie dla koncernu wprowadzającego na rynek te twory. Android aranżuje jednak sytuację prowadzącą do śmierci załogi, aby w ten sposób wykazać swoją wyższość. W kluczowym momencie jego chłodna kalkulacja rozbija się o jakże ludzki moment zawahania, niepewności. To co pozornie jest wadą człowieka, stanowi o jego sile. Opowiadanie Lema mówi o tym, co decyduje o naszym człowieczeństwie, rozważa hipotetyczne relacje człowiek - robot, dowodzi wyższości ludzi pomimo ich pozornej słabości. W filmie Piestraka sformułowane przez Lema myśli giną pod warstwą przygodową, ale i ta jest nijaka, pełna dłużyzn i nieprzekonywujących sytuacji, a do tego rozgrywająca się w zestawieniu z efektami specjalnymi sprawiającymi wrażenie chałupniczych, zaprojektowanych byle jak i zrealizowanych tandetnie. Sztuczność wykreowanego w filmie kosmosu i statków międzyplanetarnych wprost rzuca się w oczy i przeszkadza w odbiorze filmu. Krytyka tego obrazu ze strony i dziennikarzy, i widzów, i samego Lema przyczyniła się chyba w dużej mierze do tego, iż polscy filmowcy przestali w zasadzie myśleć o nowych ekranizacjach prozy wybitnego polskiego pisarza.

W kolejnych latach również poza granicami Polski mało było prób adaptacji prozy Stanisława Lema. W 1988 roku holenderski reżyser Piet Hoenderdos dokonał swobodnej ekranizacji powieści "Pokój na Ziemi", a w 1994 roku w Niemczech Achim Bornhak nakręcił - jeszcze podczas studiów filmowych - swój studencki film "Marianengraben", którego scenariusz oparty został na powieści "Katar". Dopiero w sześć lat później na amerykańskie ekrany wszedł film Stevena Soderbergha "Solaris". Podczas realizacji tego ostatniego mówiło się, że to początek zainteresowania twórczością Lema ze strony amerykańskich filmowców, że za tym filmem pójdą następne adaptacje. Czy brak kasowego sukcesu "Solaris" pogrzebie szanse Lema w Hollywood? Przekonamy się o tym już wkrótce...

Projekty niezrealizowane Pomysłów na filmy według prozy Lema było oczywiście więcej. W niektóre z tych projektów zaangażowany był sam pisarz. Część pomysłów szybko odchodziła w niebyt, inne powracały przez lata.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych, wkrótce po nakręceniu "Milczącej gwiazdy", pisarz wspólnie z Janem Józefem Szczepańskim napisał dla Aleksandra Forda scenariusz będący adaptacją powieści "Powrót z gwiazd". Ford liczył podobno, że znajdzie zagranicznych koproducentów. Do realizacji filmu wówczas nie doszło, ale pomysł powrócił ponownie i w latach siedemdziesiątych realizacja tego filmu znalazła się nawet w umowie o współpracy Polski z kinematografią czechosłowacką. Wkład strony czechosłowackiej miał polegać m.in. na realizacji zdjęć trikowych w dobrze wyposażonych technicznie studiach w Barrandovie. Umowa nie została jednak zrealizowana.

Przez jakiś czas zainteresowanie ekranizacją początkowych opowiadań z cyklu kosmicznych przygód Ijona Tichego wykazywała wytwórnia Walta Disneya. Skończyło się tylko na planach, podobnie jak w przypadku powieści "Niezwyciężony", do adaptacji której prawa zostały zakupione już pod koniec lat sześćdziesiątych. Właściciel praw nie znalazł jednak chętnych do wyłożenia pieniędzy na kosztowną produkcję i w ten sposób kolejny pomysł spełzł na niczym.

W połowie lat sześćdziesiątych niemiecki reżyser Wolfgang Staudte chciał realizować film według książki "Solaris". Nie mógł jednak znaleźć producenta, bo - jak wspomina to Lem - "Wszyscy po kolei żądali od niego, by dodał intrygę miłosną, elementy seksu i inne podobne atrakcje" (w wywiadzie Bożeny Janickiej - "Kino", nr 8/1968). Później powieścią zainteresował się Andriej Tarkowski. Zanim doszło do realizacji filmu Soderbergha, pod koniec lat dziewięćdziesiątych z zamiarem ekranizacji "Solaris" nosił się też znany aktor Richard Gere. W tym też okresie Stanisława Lema zaczął nachodzić w domu człowiek przedstawiający się jako przedstawiciel Mosfilmu w USA twierdząc, że jest zainteresowany filmem "Solaris", do którego niektóre sekwencje powstałyby na pokładzie istniejącej stacji kosmicznej...

Kiedy Lemowi spodobał się nakręcony przez Andrzeja Wajdę "Przekładaniec" reżyser wyrażał przez jakiś czas zamiar ekranizacji krótkiej powieści Lema "Kongres futurologiczny". "Bardzo go (Wajdę) to kiedyś fascynowało - wyobrażał sobie jakiś wielki hotel, w którym mógłby umieścić akcję... nawet taki odnalazł. Ale to też się w końcu rozbiło o pieniądze, bo film okazał się za drogi" - wspomina pisarz w książce "Tako rzecze... Lem".

Wspólnie z doświadczonym pisarzem i scenarzystą Janem Józefem Szczepańskim Stanisław Lem napisał jeszcze dwa scenariusze filmowe oparte na swoich powieściach: "Pamiętnik znaleziony w wannie" i "Katar" (ten ostatni powstał w maju 1979 roku). Oba zostały po raz pierwszy opublikowane dopiero w roku 2000 w dziewiątym tomie Dzieł zebranych Lema zatytułowanym "Przekładaniec". Prawa do sfilmowania "Kataru" według tego właśnie scenariusza Lem sprzedał do Niemiec, ale pytany w 2001 roku o to kiedy ten film powstanie odpowiedział w "Tako rzecze...Lem": "Za dwa lata. Oni dopiero zbierają na to pieniądze. Na razie wystarczyło im tylko na zaliczkę"...

Wspomniane projekty to tylko część prób zmierzenia się filmowców z prozą Stanisława Lema. Znając dotychczasowe ekranizacje można chyba powiedzieć, że dobrze się stało, iż o większości z nich już zapomniano...

Filmowe adaptacje prozy Stanisława Lema 1959

"Milcząca gwiazda" / "Der schweigende Stern"

Reż.: Kurt Maetzig. Scen.: Jan Fethke, Kurt Maetzig. Zdjęcia: Joachim Hasler, Ernst Kunstmann, Vera Kunstmann, Jan Olejniczak, Helmut Grewald. Muzyka: Andrzej Markowski. Scenografia: Anatol Radzinowicz.
Obsada: Günther Simon (pilot Brinkman), Ignacy Machowski (Sołtyk), Yoko Tani (Sumiko), Oldrich Lukes (Hawling), Michaił Postnikow (Arseniew), Julius Ongewe (Tulus), Kurt Rackelmann (Sikarna), Tang-Hua-Ta (Tchen-Yu), Lucyna Winnicka (reporterka Interwizji).
Prod.: Polska - NRD.
"Złota Rakieta" na MFF Fantastycznych w Trieście, 1964.

1963

"Ikaria XB-1" ("Ikarie XB-1")

Reż.: Jindřich Polak. Scen.: Pavel Juraček, Jindřich Polak. Zdjęcia: Jan Kalis. Muzyka: Zdenek Liska. Scenografia: Jan Zazvorka.
Obsada: Zdenek Stepanek (Abajew), Radovan Lukavsky (Mac Donald), Dana Medřicka (Nina), Otto Lackovic (Michal), Jiři Vrstala (Svenson).
Prod. czechosłowacka.
"Złota Rakieta" na MFF Fantastycznych w Trieście, 1963

1965

"Profesor Zazul"

Scen., reż. i zdjęcia: Marek Nowicki, Jerzy Stawicki. Muzyka: Edward Pałłasz. Scenografia: Jarosław Świtoniak.
Obsada: Stanisław Milski, Piotr Kurowski.
Prod. polska.

"Przyjaciel"

Scen., reż. i zdjęcia: Marek Nowicki, Jerzy Stawicki.
Obsada: Piotr Kurowski, Józef Pieracki.
Prod. polska.

1968

"Przekładaniec"

Reż.: Andrzej Wajda. Scen.: Stanisław Lem. Zdjęcia: Wiesław Zdort. Muzyka: Andrzej Markowski. Scenografia: Teresa Burska.
Obsada: Bogumił Kobiela (Richard Fox), Ryszard Filipski (adwokat), Anna Prucnal (żona Thomasa Foxa), Jerzy Zelnik (doktor Burton), Piotr Wysocki (doktor Benglow), Tadeusz Pluciński (fałszywy ksiądz), Wojciech Rajewski (człowiek z psem) oraz "Niebiesko-Czarni".
Prod. polska.
Medal Specjalny na MFF Fantastycznych w Sitges, 1970.

1970

"Solaris"

Reż.: Nikołaj Nirenburg.
Prod.: ZSRR

1972

"Solaris"

Reż.: Andriej Tarkowski. Scen.: Andriej Tarkowski, Fridrich Gorensztein. Zdjęcia: Wadim Jusow. Scenografia: Michaił Romadin. Kostiumy: Jelena Fomina. Montaż: Ludmiła Feiginowa, Nina Marcus. Muzyka: Eduard Artemiew.
Obsada: Natalja Bondarczuk (Harey), Donatas Banionis (Kris Kelvin), Juri Jarwet (dr Snaut), Władisław Dworzetski (Berton), Nikołaj Grinko (ojciec Kelvina), Anatolij Sołonitsin (dr Sartorius), Olga Bsrnet (matka), Tamara Ogorodnikowa (ciocia Anna), Sos Sarkisjan (dr Gibarian).
Prod. ZSRR.
Nagroda FIPRESCI na MFF w Cannes, 1972.

1973

"Śledztwo"

Reż.: Marek Piestrak. Scen.: Andrzej Kotkowski, Marek Piestrak. Zdjęcia: Edward Kłosiński. Muzyka: Anna Izykowska (opracowanie).
Obsada: Tadeusz Borowski (Gregory), Edmund Fetting (Sheppard), Jerzy Przybylski (Sciss), Bolesław Abart (Farquart), Bogumił Antczak (policjant wiejski), Róża Czaplewska (siostra), Zbigniew Geiger (sierżant policji), Maciej Grzybowski (sierżant) i in.
Prod. polska.

1978

"Szpital przemienienia"

Reż.: Edward Żebrowski. Scen.: Michał Komar, Edward Żebrowski. Zdjęcia: Witold Sobociński. Muzyka: Stanisław Radwan. Scenografia: Tadeusz Wybult.
Obsada: Piotr Dejmek (Stefan), Jerzy Bińczycki (inżynier), Henryk Bista (Kauters), Ewa Dałkowska (Nosilewska), Gustaw Holoubek (Sekułowski), Zygmunt Hűbner (Pajączkowski, dyrektor szpitala), Ryszard Kotys (Józef), Klaus Piontek (Thiesdorf), Wojciech Pszoniak (Marglewski), Zbigniew Zapasiewicz (Rygier), Piotr Szulkin.
Prod. polska.
"Srebrne Lwy Gdańskie" na FPFF w Gdańsku, 1979; wyróżnienie na MFF w Locarno, 1979; "Don Kichot" PF DKF, 1979.


"Test pilota Pirxa"

Reż.: Marek Piestrak. Scen.: Marek Piestrak, Władimir Wałucki. Zdjęcia: Janusz Pawłowski. Muzyka: Arvo Pärt. Scenografia: Jerzy Śnieżawski, Wiktor Żyłko.
Obsada: Siergiej Desnitski (Pirx), Bolesław Abart (Jan Otis), Władimir Iwazow (Harry Brown), Aleksander Kajdanowski (Tom Nowak), Zbigniew Lesień (John Calder), Ferdynand Matysik (dyrektor UNESCO), Igor Przegrodzki (McGuirr), Abnu Saar (Kurt Weber).
Prod. Polska - ZSRR.
"Złoty Asteroid" na MFF Fantastyczno-Naukowych w Trieście, 1979.

1988

"Victim of the Brain"

Reż.: Piet Hoenderdos.
Obsada: Frances Barber, Adrian Brine, Rodney Beddall, Roderic Leigh.
Prod. holenderska.

1994

"Marianengraben"

Reż.: Achim Bornhak. Scen.: Mathias Dinter. Muzyka: Ulrich Reuter. Zdjęcia: Markus Hausen.
Obsada: Ralf Richter (Paul), Alf Andre (Gutleben), Michael Heinsohn (Heuring), Kai Ivo Baulitz (Paul Double).
Prod. niemiecka.

1987

"Śledztwo"

Reż. i opracowanie tekstu: Waldemar Krzystek. Adaptacja: Andrzej Zawada. Zdjęcia: Krzysztof Pakulski. Scenografia: Tadeusz Kosarewicz. Muzyak: Zbigniew Karnecki.
Obsada: Mariusz Bonaszewski (porucznik Gregory), Jerzy Grałek (inspektor Sheppard), Mariusz Benoit (doktor Sciss), Krzysztof Dracz (doktor Soerensen), Wojciech Ziemiański (Farquart), Maciej Tomaszewski (pisarz).
Prod. polska (Teatr TV).

2002

"Solaris"

Scen., reż., zdjęcia i motaż: Steven Soderbergh. Scenografia: Philip Messina. Kostiumy: Milena Canonero. Efekty specjalne: Kevin Hannigan.
Obsada: George Clooney (Chris Kelvin), Natascha McElhone (Rheya Kelvin), Jeremy Davies (Snow), Viola Davis (dr Helen Gordon), Ulrich Tukur (Gibarian).
Prod. USA.

Jerzy Koralewski
  Ocena: 0.0/5
Twoje oceny
Średnia 0 Głosów
Średnia ocena to 0.0 gwiazdek z 5.

 Komentarze

Konto usunięte
Bardzo sympatyczny artykuł. Ale mam kilka uwag:
- "wielkie namiętności tylko w "Solaris"". A "Powrót z gwiazd"???
- "Śledztwo" to istotnie nie jest kryminał, ale wyjaśnienie w artykule "kto zabił" trochę psuję przyszłą lekturę, co?
- Ijon Tichy łgarzem?!? Jakiś przykład?!?
- W temacie "Testu..." : zdanie, że android "aranżuje jednak sytuację prowadzącą do śmierci załogi, aby w ten sposób wykazać swoją wyższość" brzmi trochę bez sensu...
Pozdrawiam
Dodany 24.02.2003 00:00.
Konto usunięte
Super artykuł - chylę głowę przed autorem.
Zainteresowanych ekranizacją Solaris zrealizowaną przez Tarkowskiego zapraszam na Kazaa - krąży kopia ;-)
Dodany 16.02.2003 00:00.
Konto usunięte
Szkoda, że autor tego interesującego szkicu nie powoływał się na rewelacyjny wywiad z Lemem wyłącznie poświęcony adapatcjom, ktory ukazał się w "Kinie" bodaj dwa lata temu. Było tam wiele szczegółów, które znacznie ubarwiłyby tę opowieść. Tak czy owak - gratulacje.
Dodany 13.02.2003 00:00.
Konto usunięte
ŁoŁ w dzieciństwie oglądałem film prod. ZSRR w którym na pokładzie statku kos. zbuntował się android , końcowa sekwencja (to utkwiło mi w pamięci) pokazywała jak gościu ciągnie za jakieś dźwignie, po czym zostaje wyssany w próżnie (on i zdaje się android). Huh
Dodany 13.02.2003 00:00.