Nagroda im. Cybulskiego. Małgorzata Buczkowska: Aktor powinien mieć skórę słonia i duszę motyla

Więcej
Swoją zawodową pozycję dopiero ugruntowuje. Zagrała chociażby w "Odzie do radości", "To nie tak jak myślisz, kotku", "0_1_0". Za ten ostatni obraz wyreżyserowany przez nieodżałowanego Piotra Łazarkiewicza była w ubiegłym roku nominowana do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Teraz nominacja przypadła jej za udział w filmie "Jestem twój" Mariusza Grzegorzka. Niedługo zobaczymy ją też w kolejnej komedii Juliusza Machulskiego pod tytułem "Kołysanka". Specjalnie dla Stopklatki: Małgorzata Buczkowska.


Artur Cichmiński: Małgosiu to już Twoja druga nominacja do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Jak jest tym razem?

Małgorzata Buczkowska: Wciąż to dla mnie ogromna radość. Jestem wręcz dumna, że po raz kolejny zwrócono na mnie uwagę.

A nie lęk o to, jak się to teraz skończy..?

Nie, absolutnie. To bardzo nobilitujące być ponownie docenionym przez fachowców. Przecież sama nominacja jest tutaj ogromnym wyróżnieniem. Dlatego czuję się z tym bardzo dobrze.

Jak ważna jest to nagroda?

Myślę, że każda nagroda jest ważna. Tego typu wyróżnienia dowodzą, że to, co robię ma sens. Poza tym jest to Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego, czyli rodzaj porównania do niego.

Co dla Ciebie znaczy hasło: być jak Zbigniew Cybulski?

Dla mnie on jest legendą. Był to człowiek obdarzony wielką charyzmą czego należy życzyć sobie i innym. To mnie w nim fascynuje, jak również to, że wszystko, co robił, było absolutnie wyjątkowe. To on wyznaczał trendy.

Był artystycznie niezależny...?

Myślę, że tak. Nadał aktorstwu nową jakość, która po czterdziestu latach wciąż jest żywa. Chciałabym móc grać z taką charyzmą, jak on.

Po tych czterdziestu latach chyba niewiele już zostało z tamtej niezależności? Czy młody aktor nie jest zmuszony myśleć głównie o ekonomii?

Bywa różnie. Teraz jest o tyle łatwiej, że są seriale dające ten przysłowiowy chleb. Jeżeli aktor ma możliwość grania w serialu, a wbrew pozorom nie jest tak łatwo taką pracę dostać, to wtedy może zaangażować się w bardziej artystyczne projekty.

Jak jest w Twoim przypadku?

Ja na szczęście dostaję różne propozycje. Fajne jest to, że nie zostałam zaszufladkowana. Mogę grać zarówno w komedii jak i w dramacie, czego przykładem jest rola Marty w "Jestem twój".

Czym jest dla Ciebie ta rola?

Była dużym wyzwaniem. Przez miesiąc, a nawet trochę więcej, funkcjonowałam w dość silnym stresie, aby tę postać uwiarygodnić. W czymś takim tkwiła też moja bohaterka. Stąd rola ta była niezwykle trudna. Miałam jednak na planie fantastycznych partnerów, to samo dotyczy całej ekipy.

Wracając do domu pozostawało to jeszcze w Tobie?

Tak. Przez cały czas dopóki nie skończyłam zdjęć. Po prostu nie potrafiłam się od tego zupełnie odciąć. Wracając do hotelu czy domu moje myśli i emocje wciąż były zajęte tym, co się wydarzyło lub dopiero ma się stać na planie. To wszystko było bardzo trudne. Istotą jest tutaj materiał do zagrania. Czasami ma się taki, który pozwala zupełnie spokojnie oddzielić się od tego, co się gra. Są też role, które w człowieku tkwią.

Jesteś aktorem bardziej intuicyjnym czy wymagającym głębokiego wejścia, poznania danej postaci?

Na pewno dla własnego poczucia bezpieczeństwa muszę dużo wiedzieć o roli. Nazywać pewne rzeczy razem z reżyserem. Tak lubię. Czuję się wtedy komfortowo wchodząc na plan. Ja potrzebuję grzebać. Oczywiście nie każdy materiał tego wymaga. Rzeczy stricte komediowe, farsowe nie mają psychologii. Wówczas działanie jest odwrotne. Wydaje mi się, że nie powinnam za dużo o tych postaciach wiedzieć. Wtedy działam bardziej pod wpływem właśnie intuicji.

Masz wrażenie, że robisz w tym zawodzie karierę?

Póki co spełniam się. To, co robię traktuję przede wszystkim jako zawód, który ma mi przynosić chleb. Ważne jest dla mnie, abym po prostu pracowała. Tymczasem słowo kariera kojarzy mi się z jakąś ogromną rozpoznawalnością, a tym samym dużym obciążeniem. Nie wiem czy akurat tego bym chciała.

Przyjdą nagrody, jakieś spektakularne propozycje, może powinnaś się jednak na to przygotować..?

Nie wiem czy da się na to przygotować...

Jak w takim razie odbierasz ten zawód dzisiaj, konfrontując go z tym, jak go sobie wyobrażałaś kiedyś?

Okazał się być niezwykle trudny, chociażby przez swoją niestabilność. Z dnia na dzień nasze życie może się zupełnie odmienić. Jest to drażniące i męczące. Ten zawód wymaga silnego kręgosłupa moralnego, etycznego, jak też mocnego charakteru. Ktoś kiedyś powiedział, że aktor powinien mieć skórę słonia i duszę motyla. Coś w tym jest. Inna sprawa, że ja nie zdawałam do szkoły z przekonaniem, że muszę być aktorką bo to jest marzenie mego życia.

Dlaczego w takim razie do niej poszłaś?

Będąc w podstawówce brałam udział w spotkaniach organizowanych przez panią Halinę Machulską. W końcu dostałam się też do ogniska państwa Machulskich i być może wtedy zaczął kiełkować we mnie taki pomysł. Zajęcia w Ognisku traktowałam ogólnorozwojowo. Wtedy myślałam, że się absolutnie do tego nie nadaję. Z kolei wielu znajomych, dostawało się potem do szkół. Była w tym więc jakaś ciekawość czy i mi się uda. W moim przypadku "dojrzewanie" do tego zawodu następowało po drodze. Jak już przebrnęłam przez kolejne etapy selekcji, pomyślałam sobie, że może coś jest na rzeczy i powinnam cisnąć dalej w tym kierunku. Kiedy jednak skończyłam szkołę, stwierdziłam w którymś momencie, że to nie ma sensu. Wyjechałam więc za granicę szukać pracy.

Po czym wróciłaś, wręcz dosłownie, w "Odzie do radości" w noweli wyreżyserowanej przez Anię Kazejak. Twoja bohaterka jest właśnie kimś, kto wraca... Rozumiem jednak, że nie był to powód, dla którego zagrałaś w tym obrazie?

Nie, nie. Akurat wróciłam dla projektu teatralnego. Gdyby to nie wypaliło już bym do Polski nie wróciła.

Na obczyźnie byłaś takim jednym z "londyńczyków"...?

Na szczęście nie. Oczywiście przejechałam się na ludziach. Jednak moja sytuacja była o tyle komfortowa, że pojechałam tam do rodziny.

Na Wyspy..?

Nie, do Włoch.

Miło zatem, że wróciłaś. Masz też szczęście do reżyserów. Grałaś u Ani, Piotra Łazarkiewicza, Mariusza Grzegorzka i już dwukrotnie u Juliusza Machulskiego. Czym ich "urzekasz"?

Też się nad tym zastanawiam... Myślę, że jestem po prostu ogromną szczęściarą. W tym zawodzie nie wystarczają takie czy inne warunki psychofizyczne, jakaś charakterystyczność, a nawet talent. Ważne jest aby trafić na odpowiednich ludzi w odpowiednim momencie. To jest najczęściej od nas niezależne.

Myślę, że możemy też śmiało wskazywać tutaj na Twój talent... Zagrałaś teraz ponownie u Juliusza Machulskiego w jego nowej komedii pod tytułem "Kołysanka". Dobrze czujesz się w takim repertuarze?

Pewnie, ale mam świadomość że dużo zależy od reżyser,a partnerów i całej ekipy. W przełamaniu wszelkich trudności pomaga podejście reżysera jego otwartość, gotowość do zmian. Taki komfort daje właśnie Juliusz Machulski. Było to moje drugie spotkanie z nim. Ten facet świetnie pracuje. Razem z żoną Ewą tworzą fantastyczny tandem.

Dobrze. Porozmawiajmy chwilę o tajemniczej "Kołysance". To dość zaskakujący projekt?

Dość, ale nie mogę za wiele o nim powiedzieć...

Domyślam się tego, dlatego spróbujmy omówić go nie wchodząc w szczegóły...

Dobrze, a ja spróbuję się nie wygadać...

Jak w takim razie karkołomnym przedsięwzięciem był dla Ciebie udział w tym filmie?

To mnie teraz zaskoczyłeś... Odpowiem tak. Było to karkołomne ponieważ mieliśmy na planie niezwykłą ilość dzieci, jakieś sześcioro czy siedmioro. W tym wszystkim świeża mama czyli ja. Musiałam brać na plan własne dziecko gdyż karmiłam wtedy piersią. To mogło przyprawić o ból głowy producentów. Na szczęście moja Antośka jadła, co trzy godziny, a między nimi smacznie sobie spała.

Ok. Nie wchodząc teraz w szczegóły powiedz mi proszę czy łatwo Ci było wczuć się w tę postać oraz rodzaj kina, które "Kołysanka" reprezentuje?

Bardzo delikatnie próbowaliśmy w to wejść, żeby nie przegiąć w jedną czy drugą stronę. Mam nadzieję, że efekt będzie, co najmniej zadowalający. Było to ciekawe doświadczenie.

W tym wypadku było to szczególnie specyficzne zadanie ponieważ, i to chyba możemy zdradzić, w naszej kinematografii nie ma tradycji tego typu kina...

Dokładnie. Wymagało to od nas utrzymywania pewnej formy, stylu. Natomiast Juliusz dał nam na to wszystko czas. Jeżeli coś nie pasowało to próbowaliśmy innych rozwiązań.

Przez ten brak tradycji nie łapało was poczucie, że bawicie się trochę niepoważnie?

A co znaczy "poważnie"? Kręciliśmy to z dużą przyjemnością. Mogliśmy się poczuć jak dzieci, które dostały fajne zabawki do rąk. Ta praca była dla mnie dużą frajdą.

Masz świadomość, że ten film może przynieść Ci już sukces i może jednak warto się na niego przygotować..?

Po tym filmie chyba nie będę za bardzo rozpoznawalna na ulicy.

Aż tak się charakteryzatorzy postarali..?

Tak, właśnie dzięki charakteryzacji.

No tak, musieli Ci trochę twarz pobielić ...

Ja w ogóle jestem blada i pewnie dlatego dostałam tę rolę...

Małgosiu raz jeszcze nawołuje: uwierz w swój talent...

Pamiętam, że dziewczyny z make up-u, widząc mnie bardzo się ucieszyły. Były niezwykle szczęśliwe, że nie muszą nic ze mną robić. Spokojnie mogłam być soute (śmiech).

Zostawmy już "Kołysankę". Jak tam teatr?

Od teatru wszystko się zaczęło, a dokładnie od Teatru im. Jaracza w Łodzi. Mieszkam w Warszawie, więc tam dojeżdżałam. Przy pierwszym dziecku jeszcze jakoś dawałam radę, ale przy drugim musiałam wziąć już urlop. Naprawdę szkoda, że ten teatr nie znajduje się w Warszawie. Jest to fantastyczne miejsce.

W tym mieście też jest parę interesujących scen...

Tak, owszem, ale zmienić zespół to nie jest takie proste. Trzeba mieć poczucie, że drugiej stronie naprawdę zależy na współpracy.

Zamykając naszą rozmowę nasuwa się konkluzja, że wybrałaś sobie naprawdę ciężki kawał chleba. Musisz być niezwykle czujna i zdeterminowana...

Wydaje mi się, że wszyscy aktorzy z czymś takim się zmagają. Ale są też i blaski. Dlatego bardzo się cieszę z nominacji do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Jestem szczęśliwa ale staram się też zachować dystans do pracy. W życiu najważniejsze jest przecież prawdziwe życie, a nie granie. Dlatego każdego dnia kiedy otwieram oczy i patrzę w niebo wołam z wdzięcznością - Jak ja Cię lubię.

Dziękuję Ci za rozmowę.


Artur Cichmiński
  Ocena: 0.0/5
Twoje oceny
Średnia 0 Głosów
Średnia ocena to 0.0 gwiazdek z 5.

 Komentarze

Konto usunięte
Zachęcamy do głosowania w plebiscycie publiczności www.NagrodaCybulskiego.pl
Dodany 18.11.2009 00:00.

 Blogosfera

O stulatku który wyskoczył przez okno...i zniknął!

O stulatku który wyskoczył przez okno...i zniknął! Nieśmieszna komedia ?!

Drużyna już nie ta....

Dobry moment na premierę przed Mistrzostwami Świata w Siatkówce.... Szkoda jednak, że tak na prawdę nagranie, które zostało zrealizowane w ubiegłym roku jest po części już nieaktualne. Główni bohaterowie filmu, czyli trener Anastazii i rozgrywające Łukasz Żygadło wypadli z obiegu i ich nie zobaczymy na MŚ w Polsce...