Moje animowane postaci przemówiły. Wywiad z Piotrem Dumałą

Więcej
O swoich najnowszych projektach, po poznańskiej premierze "8 kwartetu smyczkowego c-moll Dymitra Szostakowicza", a przed nowohoryzontową projekcją filmu "Dr Charakter przedstawia", opowiada nam ceniony polski animator.

Piotr Klonowski: Przed dziesięcioma laty zrealizował Pan "Zbrodnię i karę", niedawno na 3. MFFA Animator w Poznaniu, zaprezentował Pan przemontowaną wersję tego filmu - "8 kwartet smyczkowy c-moll Dymitra Szostakowicza". Jakie to uczucie pracować po latach nad tym samym materiałem?

Piotr Dumała: Dla mnie to była pewnego rodzaju ulga, gdyż mogłem wrócić do filmu, którego nie lubię - mogłem go zniszczyć, jednocześnie patrząc jak wyłania się coś zupełnie nowego. Realizując "Zbrodnię i karę" nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego, co robię. Gdybym miał wtedy więcej sił, mógłbym zrobić dużo lepszy film. Byłem w tamtym czasie w najwyższej formie, jeśli chodzi o animację na płytach z gipsu. Potem prawie już do tej techniki nie wróciłem.

Wracał pan w "Lesie", w "Walce, miłości i pracy"...

Tylko częściowo. Ze "Zbrodnią..." to było co innego. Wydawało mi się, że robię coś wspaniałego (przynajmniej na początku i w czasie przygotowań do filmu). Pod koniec czułem już, że praca idzie nie tak, jak zamierzałem i dokonuję kompromisów, chcąc skończyć ten film. Mimo mojego niezadowolenia z ostatecznego kształtu "Zbrodni i kary", dostrzegałem w niej potencjał. Dotyczyło to poszczególnych scen, np. pożegnania Soni z Raskolnikowem na tle patrzącego na to chłopca - dziecka, które miało się już nie narodzić. To, że mogłem wydobyć tę pozytywną energię, przejąć ją i skierować w inną stronę, było dla mnie ulgą i artystycznym spełnieniem. Film po latach zyskał właściwy wymiar, dotąd ukryty i niewykorzystany.

Mówi Pan, że nie był zadowolony z efektu osiągniętego w "Zbrodni i karze". Co poszło nie tak?

"Zbrodnia i kara", jako opowieść o Raskolnikowie, który tak jak w książce, zabija staruszkę, była niepoprawnie skróconą wersją oryginału. Niepotrzebnie wycofałem się z pewnych pomysłów. Początkowo planowałem dialogi po rosyjsku, szeptane, nie do końca zrozumiałe . Wszyscy bohaterowie filmu mieli mieszkać w jednej kamienicy, a akcja toczyć się miała równolegle w różnych pokojach. Częściowo udało mi się wrócić do tej koncepcji w "8 kwartecie".

Dlaczego do nowego filmu wybrał Pan muzykę Szostakowicza?

Byłem w niej od dawna zakochany. Ma w sobie wielką siłę emocjonalną, jest niezwykle bogata w nastroje a przez to filmowa. Czuć w niej toczącą się wewnętrznie walkę, która wydaje się wynikać z doświadczeń samego kompozytora.

Czy widzi Pan jakieś podobieństwa między twórczością Dostojewskiego i Szostakowicza?

W tej chwili może i tak, ale nie było moim zamiarem łączyć tych dwóch artystów. W "8 kwartecie" chciałem odejść od powieści Dostojewskiego bardziej w stronę Gogola. Zerwać ze swoim filmem sprzed 10 lat. Chodziło też o to, żeby między postaciami, których było sześć w filmie, odkryć zupełnie inne relacje. I tak się stało.

Czy dążył Pan do opowiedzenia nowej historii z punktem kulminacyjnym i zakończeniem, czy miała to być raczej luźna forma?

Powstający film był jakby powolną, bo tworzącą się w ciągu trzech miesięcy spotkań montażowych, improwizacją. Muzyka dyktowała nastrój, rytm ujęć i podpowiadała scenariusz. Utwór Szostakowicza trwający 20 minut nie został przeze mnie w żaden sposób zmieniony pod kątem filmu. Około szóstej minuty ma swoją pierwszą kulminację, minutę później drugą, potem trochę za połową jest jeszcze jeden mocny fragment. Przez ostatnie sześć minut stopniowo wygasa. Decydowało to o przebiegu akcji i związanych z nią emocji.

Czyli muzyka Pana zniewoliła?

Ona mnie nie zniewalała, lecz prowadziła, szukałem dla niej odpowiednika, kochanka w obrazie. To nie miała być tylko ilustracja, muzyka pod obraz, czy obraz pod muzykę, te dwa elementy miały wspólnie opowiadać historię, która wyłania się z niebytu. Praca przy tym filmie była tak fascynująca, że może nawet ciekawsza niż jej efekt. Przeżywaliśmy coś w stylu idealnej twórczości, mogliśmy improwizować, czyli robić to, co się raczej w filmie nie zdarza, gdyż nawet przy improwizacji na planie filmowym, jest jeszcze postprodukcja. A tu postprodukcja była naszym jedynym obszarem działania. Montaż materiałów sprzed 10 lat stał się główną siłą kreacyjną. To porównywalne do techniki found footage, z tym, że miałem do czynienia z własnym filmem, z którym wiązały się też dla mnie silne uczucia.

Dużą różnicę na tym etapie stanowiła praca z nową montażystką?

Po zrealizowaniu "Lasu", który montowała Beata (Liszewska - od red.), nie miałem wątpliwości, by zwrócić się do niej. Przyjęła to z entuzjazmem i ten entuzjazm towarzyszył nam przez cały okres pracy.

Zapewne zakładał Pan, że "8 kwartet" będą oglądać ludzie, którzy widzieli już "Zbrodnię i karę". Jakich spodziewał się pan reakcji?

Przypuszczałem, że niewiele osób będzie pamiętać tamten film, aż tak dokładnie. Co prawda właśnie po premierze, podszedł do mnie Gianalberto Bendazzi - włoski krytyk filmowy i powiedział, że oglądał "Zbrodnię i karę" z pięć razy i patrząc na "8 kwartet", wciąż miał ją przed oczami. Myślę teraz, że zestawienie tych dwóch filmów ze sobą mogło by być swoistą ciekawostką dla pewnej grupy widzów.

Nie kusiło Pana, by nadać filmowi jeszcze bardziej eksperymentalny ton, wprowadzić więcej cięć...

Forma ciekawiła mnie tu w większym stopniu niż zazwyczaj, stała się przedmiotem artystycznej manipulacji, nie chciałem jednak przekroczyć pewnej granicy. "8 kwartet" był eksperymentem z narracją filmową, opartą na muzyce, która wywołuje pewne ciągi obrazów, emocji, tworząc nową jakość. Nie widziałem powodu, by szokować formalnie. Przyglądałem się uważnie i z ciekawością temu, co powstawało. Tak jakbym odczytywał jakiś szyfr.

"Walka, miłość i praca" była animacją realizowaną z przeznaczeniem do wyświetlana w plenerze, podobnie miało być z "8 kwartetem" . Czy to oznacza, że chce Pan wyjść z animacją do ludzi, zaistnieć w przestrzeni miejskiej?

Wydaje mi się, że cały czas staram się wychodzić z animacją do ludzi (śmiech). Kino i plener to dwie zupełnie różne przestrzenie i jeśli realizuję film z myślą o wyświetleniu go poza salą kinową, instynktownie zakładam inny rodzaj skupienia u widza. Mamy nad głową otwarte niebo, nawet noc nie daje pełnego wyciemnienia, słychać odgłosy ulicy, wieje wiatr itp. Projekcja staje się częścią większej symfonii.

W kinie sytuacja jest bardziej syntetyczna. Sala kinowa ze świecącym ekranem nadaje seansowi charakter misterium. Film nie ma tam żadnej konkurencji. Kiedy zrobiłem instalację: "Walka, miłość i praca" w zeszłym roku we Wrocławiu, poczułem nową energię. Widzowie mogli w niezobowiązujący sposób oglądać film zatrzymując się w drodze. Animacja do muzyki kwartetu Balanescu była zapętlona jak projekcje w galerii. Śledzenie treści nie było najważniejsze. Można było wyjść i wejść w połowie projekcji albo obejrzeć ją kilkakrotnie. "8 kwartet" wymaga chyba większego skupienia, nie jest aż tak rytmiczną formą zbliżoną do tańca jak "Walka…", ale również otwartą na tyle, by niekoniecznie śledzić treść filmu w sensie tradycyjnym.

Projekcje zewnętrzne to pewien etap w Pana twórczości - czy planuje pan jeszcze jakiś rozwój tej techniki? Myślę o tym, żeby wykorzystywać różne, inne warunki projekcji, związane z innym światłem, z inną atmosferą umownej przestrzeni między ekranem, a widzem. Chodzi tu o fakturę ściany, o dodatkowe elementy, takie jak np. parkujące pod wrocławskim ekranem samochody itp. Fascynuje mnie nakładanie się tu na siebie różnych rzeczywistości. Chciałbym pójść w to dalej, głębiej, bardziej świadomie.

Proszę mi powiedzieć, czy pokaz "8 kwartetu", który Pan zrobił w Poznaniu, to projekt jednorazowy, czy widzowie będą go mogli jeszcze gdzieś zobaczyć?

Niestety problem polega na tym, że prawa do muzyki i obrazu zostały uzyskane na jednorazową projekcję. Tym bardziej bolało mnie, kiedy pokaz plenerowy został przerwany ze względów technicznych. Późniejsze wyświetlenie go w kinie, było już właściwie towarem zastępczym, nieoddającym celu, w jakim realizowaliśmy ten film. Zrobię wszystko, żeby rozwiązać kwestię praw i móc pokazywać publicznie efekt długiej pracy, z którego jestem zadowolony.

Przy okazji premiery "Lasu" mówił Pan w wywiadach, że pracuje nad projektami komediowymi, na czym one polegają?

Trzy tygodnie temu skończyłem 8-minutowy film pt.: "Dr Charakter przedstawia". To zbudowany z czterech epizodów, animowany talk-show, w którym doktor Charakter zaprasza do studio swoich gości, tak jak kiedyś Irena Dziedzic. Filmik odwołuje się do stylistyki TV z lat 60-tych, ma coś wspólnego z niewinnym poczuciem humoru "Kabaretu Starszych Panów".

Nie lubi Pan współczesnego humoru?

Doktora Charaktera wymyśliłem wiele lat temu, jeszcze w liceum, a więc jest prawie rówieśnikiem Starszych Panów. Jego głos podkłada Jerzy Płażewski, wybitny krytyk filmowy. Bardzo mnie cieszy, że mamy już przyznane pieniądze na następną część "Dr Charaktera". Robienie tego filmu, w którym pierwszy raz w życiu moje animowane postaci przemówiły, było wielką frajdą.

Animowany "Dr Charakter" do zobaczenia na Nowych Horyzontach we Wrocławiu, a co z filmem fabularnym?

"Ederly" ma mieć posmak komedii, ale sytuacje komediowe będą się pojawiać jakby mimowolnie, tak jak się w życiu coś czasem zdarza przypadkiem, jakieś faux-pas, komiczny zbieg okoliczności...

(w tym momencie do hotelowego hallu w którym rozmawiamy, wchodzi roztrząsająca żywiołowo jakiś problem grupa Hiszpanów, siadają na kanapie obok nas - od red.)

...To są właśnie takie sytuacje : dwóch facetów robi wywiad w ustronnym miejscu i nagle, jak z pod ziemi, pojawia się tuż obok grupa gadatliwych Hiszpanów i zagłusza nagranie. Głównym tematem mojego przyszłego filmu fabularnego będzie, podobnie jak w tym przypadku, nakładanie się rzeczywistości, które do siebie nie pasują , a w których główny bohater nie może się połapać. Prowadzić go to będzie do sytuacji zarówno śmiesznych, jak i tragicznych. Jeśliby szukać podobieństw i inspiracji, to w konstrukcji ważny był dla mnie "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jerzego Hasa, film wyprzedzający swą epokę i nowoczesny, właśnie dzięki eksperymentom z narracją filmową.

Będzie Pan proponować równie skomplikowaną narrację szkatułkową, jak w "Rękopisie..."?

Nie wykorzystam narracji szkatułkowej. Pojawią się w nim jednak zawirowania w czasie i coś w rodzaju rzeczywistości równoległych.

Czy w swoim filmie będzie Pan czerpał z polskiej rzeczywistości?

I tak i nie. Na pewno nie będę nawiązywał do współczesnej Polski. Nie mam takiego zmysłu opowiadania. Satyra społeczna wydaje mi się bardziej przeznaczona dla kabaretu. Interesuje mnie zawsze sytuacja bardziej uniwersalna. Uniwersalna komedia i tragedia. Nawet najlepsze komedie Barei czy "Rejs" śmieszą mnie nie jako wspomnienie komunizmu, ale ukazanie wiecznej śmieszności ludzkiej. Tak jak opowiadania Czechowa nie stanowią dla mnie okazji do poznania specyfiki życia w carskiej Rosji...

(gdy rozmawiamy, podchodzi do nas starszy mężczyzna, zaaferowany ściska w dłoni kartkę z listą jakichś nazwisk, przerywa Piotrowi Dumale w pół zdania - od red.)

Przepraszam, ja po państwa przyjechałem, państwo są grupą hiszpańska?

Nie, Hiszpanie siedzą obok...

(mężczyzna odchodzi na bok - od red.)

(Piotr Dumała kontynuuje)

No widzi pan, tak to właśnie jest.


Piotr Klonowski
  Ocena: 0.0/5
Twoje oceny
Średnia 0 Głosów
Średnia ocena to 0.0 gwiazdek z 5.

 Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

 Blogosfera

Już jest :) ludzie oszaleli na punkcie nowego STEP UP: ALL IN

STEP UP ALL IN na wysokim poziomie! MEGA ZAWODY TANECZNE! Nie czekajcie!

Nowa premiera tuż tuż - HERCULES 2014 online NA CZELE!

Hercules 2014 czyli przyszłość filmów online na te wakacje :)